This is the end, my only friend, the end

Spacer po rodzinnym mieście, trzy ulice.

Młodzi wyjechali, starzy wymierają.

Ogłoszeń o sprzedaży było więcej, ale chyba już niektórzy się zorientowali że wywieszanie ich nie ma sensu.

Niektóre domy nie sprawiają wrażenia zamieszkałych, także niektóre piętra w budynkach.


Titemofte 001Titemofte 002Titemofte 003Titemofte 004Titemofte 005Titemofte 006Titemofte 007Titemofte 008Titemofte 009Titemofte 010

Titemofte 011Titemofte 012Titemofte 013Titemofte 014Titemofte 015Titemofte 016Titemofte 017Titemofte 018


Na końcu – sąsiednia miejscowość, ogłoszenie o sprzedaży zdążyło już spełznąć.

Titemofte 019

Opublikowano Historia, Uncategorized | Otagowano | Dodaj komentarz

MediaCoder – porównanie kompresji x264 i x265 na materiale SD

Klip to `Fireworks’ Roxette, rozdzielczość 720×576.

Obrazki zdjęte PrintScreenem z VLC na ekranie HD, więc powiększone.

CRF domyślnie było ustawione na 25, ale pliki wynikowe były przestraszająco małe, więc obniżyłem kompresję do 23.

Jak widać – w obydwu przypadkach z twarzy zniknęły szumy, a z maskownica radia straciła szczegóły. x265 wygląda na nieco bardziej stratny, ale jest całkowicie akceptowalny.

VOB – 119,3 MiB

xVob

x264

Max. Bitrate 1300Kbps – 38,6 MiB
x264

x265

Video Quality 23 CRF – 28,8 MiB

x265

Opublikowano Komputery i Internet | Dodaj komentarz

Cytat z Parkinsona, do linkowania

„DEGRENGOLITIS” albo obezwładniający paraliż

Na każdym kroku spotykamy pewien typ organizacji (administracyjnej, handlowej czy akademickiej), w, której wyżsi urzędnicy są zaharowani i tępi, ci trochę niżsi – rozwijają pewną aktywność jedynie we wzajemnych intrygach, najmłodsi zaś – są sfrustrowani albo lekkomyślni. Niewielkie stawia się sobie zadania. Niczego się nie osiąga. A zastanawiając się nad tym smutnym obrazem, dochodzimy do wniosku, że kierownicy tych instytucji zrobili wszystko, na co ich było stać, walczyli z przeciwnościami losu, a w końcu przyznali, że ponieśli klęskę.

W świetle ostatnich studiów okazuje się jednak, że nie ma potrzeby przyznania się do takiej klęski. Poważny bowiem procent instytucji umierających, dotychczas zbadanych, znalazł się w stanie ostatecznego upadku celowo i po długotrwałym wysiłku. Upadek ten jest wyraźnie wynikiem choroby, lecz choroby w dużej mierze dobrowolnie sobie zainfekowanej. Od pierwszych oznak tego stanu postęp choroby podsycano, jej przyczyny pogłębiano, a objawy witano z radością. Jest to choroba polegająca na założeniu własnej niższości, całkowita degrengolada – nazwijmy ją „degrengolitis”. Dolegliwość powszechniejsza, niż często się przypuszcza, i dużo łatwiej postawić jej diagnozę niż przeprowadzić kurację.

Nasze studia organizacyjnego paraliżu rozpoczniemy, zgodnie z logiką, od opisu przebiegu choroby, począwszy od pierwszych jej oznak aż do stadium ostatecznego. Następny etap naszych badań będzie dotyczył symptomów i diagnozy. Etap trzeci powinien by zalecać jakieś sposoby leczenia, lecz na ten temat niewiele wiadomo. Najbliższa przyszłość także nie przyniesie zapewne żadnych odkryć w tym względzie, ponieważ tradycja brytyjskich badań medycznych całkowicie przeciwstawia się kładzeniu jakiegokolwiek nacisku na tę część zagadnienia.

Brytyjski specjalista zadowala się zwykle w zupełności prześledzeniem objawów i zdefiniowaniem ich przyczyny. Francuz – odwrotnie – zaczyna od przepisania sposobów leczenia, a dopiero później omawia diagnozę, jeśli w ogóle ją omawia. W naszym wypadku skłonni będziemy przyjąć metodę brytyjską, która może nie pomóc pacjentowi, lecz która jest bez kwestii metodą bardziej naukową. Lepiej jest podróżować z nadzieją w duszy niż po prostu przybywać na miejsce.

Pierwszą oznaką niebezpieczeństwa jest pojawienie się w hierarchii organizacyjnej osobnika, który łączy w sobie potężne nagromadzenie niekompetencji i zazdrości. Żadna z tych cech nie wyróżnia się sama przez się i większość ludzi posiada każdą z nich w pewnej proporcji. Lecz kiedy te dwie cechy osiągają pewne nasilenie – oznaczmy je formułą N3 Z5 – następuje reakcja chemiczna. Dwa elementy stapiają się, stwarzają nową substancję, którą określimy nazwą „degrengoliny”.

Obecność tej substancji można także sprawdzić na podstawie poczynań kogoś, kto nie potrafi niczego dokonać w swoim własnym wydziale, a ustawicznie usiłuje wtrącać się do pracy innych wydziałów i uzyskać kontrolę nad administracją centralną. Specjalista obserwujący ową szczególną mieszaninę nieudolności i ambicji od razu pokiwa głową i mruknie:. „Elementarna, samoistna degrengolina”. Objawy te, jak zobaczymy, są zupełnie typowe.

Następne albo wtórne stadium rozwoju choroby ma miejsce wtedy, gdy zarażony osobnik zdobywa całkowite lub częściowe kierownictwo organizacji centralnej. W wielu wypadkach stadium to następuje bez okresu zakażenia początkowego, jeśli zarażone indywiduum przystępuje właśnie do pracy na tym szczeblu. W tym stadium łatwo rozpoznać owo indywiduum po uporze, z jakim walczy o usunięcie z organizacji wszystkich zdolniejszych od siebie, a także po uporze, jaki napotyka u niego zaangażowanie lub awans kogoś, kto mógłby okazać się zdolniejszym po upływie pewnego czasu.

Ponieważ nie ośmieli się powiedzieć: „Mr Asterisk jest zanadto zdolny”, wobec tego mówi: „Asterisk jest zdolny, zapewne, ale czy solidny? Wolałbym raczej Mr Cyphera”.

Ponieważ nie ośmieli się powiedzieć: „Wobec Asteriska czuję się mały”, więc powie: „Wydaje mi się, że Cypher jest rozsądniejszy”. Rozsądek – to interesujące słowo oznacza w tym kontekście coś odwrotnego niż inteligencja; oznacza ono w gruncie rzeczy robienie tego, co już zostało zrobione. Wobec tego Mr Cypher otrzymuje awans, a Mr Asterisk odchodzi gdzie indziej. Centralna administracja stopniowo zaczyna roić się od ludzi głupszych od przewodniczącego, od dyrektora, od kierownika.

Jeśli prezes instytucji jest postacią drugorzędną, będzie starał się o to, aby sztab jego najbliższych współpracowników składał się tylko z postaci trzeciorzędnych, a ci z kolei o to, aby ich podwładni byli czwartorzędni. Powstaje wkrótce istne współzawodnictwo głupoty, ludzie pragną uchodzić za jeszcze głupszych, niż są w rzeczywistości.

Następne, czyli trzecie z kolei stadium początków tej choroby następuje wówczas, kiedy w całej instytucji od góry aż do dołu, nie przebłysku je już ani iskierka inteligencji. To jest właśnie ów stan upadku, opisany przez nas na początku. Gdy stadium to zostało osiągnięte, instytucja jest – praktycznie biorąc – martwa.

Może pozostawać w tym stanie przez dwadzieścia lat. Może spokojnie się rozkładać. Może nawet – na koniec – powrócić do zdrowia. Przypadki wyzdrowienia są rzadkie. Ktoś mógłby się dziwić, że wyzdrowienie bez leczenia jest w ogóle możliwe. Jednakże jest to kuracja całkiem naturalna i dokładnie przypomina proces, gdy różne żyjące organizmy rozwijają w sobie odporność na trucizny, zabójcze dla nich przy pierwszym zetknięciu. Jest tak, jak gdyby cała instytucja została spryskana roztworem DDT, gwarantującym zniszczenie wszelkich zdolności. Z biegiem lat praktyka ta przynosi pożądane rezultaty. Lecz w końcu pewne jednostki uodporniają się. Ukrywają swoje zdolności pod maską idiotycznego dobrego humoru.

Rezultat jest taki, że pracownicy, którym wyznaczono zadanie zniszczenia zdolności, nie potrafią (wskutek swej głupoty) znaleźć ich tam, gdzie je widzą. Zdolny urzędnik przedostaje się poprzez zewnętrzne linie obronne i toruje sobie drogę ku szczytowi. Wędruje tam, bełkocąc coś o golfie i głupawo chichocząc, gubiąc dokumenty i zapominając nazwisk, a wygląda tak samo jak wszyscy. Dopiero kiedy zdobywa wysokie stanowisko, nagle zrzuca maskę i objawia się niby demon wśród tłumu wróżek z pantomimy. Wśród przenikliwych okrzyków trwogi wysocy urzędnicy odnajdują istotę zdolną tuż obok siebie. Jest już za późno, żeby można było na to coś poradzić. Stało się, choroba jest w odwrocie i w ciągu następnych dziesięciu lat możliwe jest zupełne wyzdrowienie. Ale te przykłady naturalnej kuracji są niezwykle rzadkie. W normalnym biegu wydarzeń choroba przechodzi przez wymienione, rozpoznane jej stadia i staje się – mogłoby się wydawać – nieuleczalna.

Zobaczyliśmy, na czym ona polega. Pozostaje nam teraz wskazać, na podstawie jakich objawów można wyśledzić jej obecność. Inną rzeczą jest szczegółowy opis szerzenia się infekcji w urojonym przypadku, zaklasyfikowanym od początku, a zupełnie inną – wejście do fabryki, baraków, biura czy zakładu naukowego i rozpoznanie tych objawów na pierwszy rzut oka.

Wszyscy wiemy, w jaki sposób pośrednik sprzedaży nieruchomości krąży wokół pustego domu, jeśli występuje w imieniu nabywcy. To tylko kwestia czasu, kiedy znienacka otworzy szafę lub kopnie w boazerię i krzyknie: „Grzyb!” (Jeśli zaś występuje w imieniu sprzedającego, zgubi klucz od szafy, a będzie zwracał uwagę na widok z okna).

W ten sam sposób badacz zagadnień społecznych może rozpoznać objawy „degrengolitis” nawet w jej początkowym stadium. Zatrzyma się, pociągnie nosem, mądrze pokiwa głową i od razu będzie oczywiste, że on wie. Ale skąd? Po czym poznaje, że „degrengolitis” tu powstała? Jeśli istnieje początkowe źródło infekcji, diagnoza będzie łatwiejsza, może ją jednak postawić nawet wtedy, kiedy rozsadnik choroby jest na urlopie. Jego wpływ można wykryć w atmosferze. Można go wykryć przede wszystkim w pewnych uwagach, które wypowiadają inni, na przykład: „Byłoby błędem, gdybyśmy się porywali na zbyt wiele. Nie możemy współzawodniczyć z Górą. Tutaj, na Dole, wykonujemy pożyteczną pracę, wychodzimy naprzeciw potrzebom kraju. Powinniśmy się tym zadowolić.

Albo: „Nie mamy pretensji, żeby być w pierwszym szeregu. To absurd, w jaki sposób Pracusie mówią o swej pracy, zupełnie tak, jakby należeli do Góry.

Albo wreszcie: „Niektórzy z naszych młodszych urzędników znaleźli się na Górze, jeden czy dwóch przeszło do Pracusiów. Może to najmądrzejsze, co mogli wymyślić. Z radością życzymy im powodzenia. Wymiana personelu jest dobra, chociaż oczywiście tych kilka osób, które przeszły do nas z Góry, sprawiło nam raczej zawód. Możemy liczyć tylko na takich, których tamci wyrzucają.

Ale nie powinniśmy narzekać. Zawsze unikamy tarć, jeśli tylko możemy. I sądzimy, że na swój skromny sposób robimy dobrą robotę”.

Co sugerują te uwagi? Sugerują – albo raczej wyraźnie świadczą, że ustanowiono zbyt niski poziom oczekiwanych osiągnięć. Pragnie się wyłącznie niskiego poziomu, a jeszcze niższy się akceptuje. Wskazówki dawane przez drugorzędnego szefa i adresowane do jego trzeciorzędnych urzędników mówią jedynie o minimum celów i zalecają bezskuteczne środki. Nie wymaga się wyższego poziomu kompetencji, ponieważ skutecznie działająca instytucja wymykałaby się spod kierowniczych możliwości szefa. Nad głównym wejściem złotymi czcionkami wypisano motto: „Zawsze trzeciorzędni”.

Trzeciorzędność stała się podstawą polityki organizacyjnej. Można jednak zaobserwować, że wciąż jeszcze docenia się potrzebę wyższych wymagań. W tym stadium pozostaje cień zażenowania, poczucie niepokoju na samo wspomnienie Góry. Jednakże ani to zażenowanie, ani ów niepokój nie trwają długo. Szybko nadchodzi drugie stadium choroby i to stadium musimy właśnie teraz opisać.

Głównym objawem, po którym można je rozpoznać, jest zadowolenie z siebie. Nakreślono sobie niewielkie zadania i dlatego przeważnie je osiągnięto. Cel umieszczono bliziutko stanowiska strzelniczego, dlatego uzyskano dużą ilość punktów. Dyrektorzy dokonali tego, co zamierzyli. Napełnia ich to niebawem zadowoleniem z samych siebie. Wkrótce zapominają, że niewielkiego trzeba było wysiłku, żeby uzyskać małe wyniki. Widzą tylko to, że im się udało – nie tak jak tym Pracusiom. Stają się coraz bardziej zadowoleni z siebie, a to ich samozadowolenie przejawia się w uwagach takich, jak te: „Szef jest człowiekiem rozsądnym i bardzo mądrym, jeśli go lepiej poznać. Nigdy nie mówi wiele – to nie jego styl – ale rzadko popełnia błędy”. (Te ostatnie słowa można by słusznie zastosować do kogoś, kto w ogóle nic nie robi).

Albo: „My tutaj raczej nie mamy zaufania do wybitnych zdolności. Ci wybitnie zdolni ludzie potrafią być strasznym utrapieniem, przewracają do góry nogami ustalony porządek i proponują wszelkie rodzaje planów, których nigdy jeszcze nie wypróbowano. A my osiągamy znakomite rezultaty za pomocą zwykłego zdrowego rozsądku i pracy zespołowej”.

A w końcu: „Nasza stołówka to coś, z czego naprawdę jesteśmy dumni. Nie mamy pojęcia, w jaki sposób kierownik może wydawać takie dobre obiady po tej cenie. Mamy szczęście”. Ta ostatnia uwaga zostaje wypowiedziana w chwili, kiedy siedzimy przy stole nakrytym brudną ceratą, patrzymy na niejadalną, ohydną papkę na talerzu i dostajemy drgawek na sam widok i zapach tego, co ma być kawą.

W istocie wygląd stołówki ujawnia więcej niż wygląd biura. Tak jak dla pospiesznego sądu o domu prywatnym wystarczy nam obejrzeć WC (aby przekonać się, czy jest w nim zapasowa rolka papieru), tak jak oceniamy hotel po zastawie, tak większą instytucję możemy ocenić na podstawie wyglądu jej stołówki. Jeśli jest utrzymana w kolorze ciemnobrązowym i bladozielonym; jeśli firanki są purpurowe (lub nie ma ich wcale); jeśli nigdzie nie widać kwiatów; jeśli w zupie jest jęczmień (i pływa w niej – lub nie pływa – mucha); jeśli potrawy są spartaczone i spleśniałe; i jeśli mimo to urzędnicy są ze wszystkiego zadowoleni – to cóż, wtedy instytucja znajduje się na bardzo złej drodze. Ponieważ w takim wypadku zadowolenie z siebie doszło do tego punktu, w którym ludzie za to odpowiedzialni nie widzą już różnicy między pożywieniem a paskudztwem. Oto zadowolenie z siebie w formie absolutnej.

W trzecim i ostatnim stadium tej choroby miejsce zadowolenia z siebie zajmuje apatia. Urzędnicy nie przechwalają się swymi osiągnięciami w porównaniu z osiągnięciami innej instytucji. Zapomnieli, że jakakolwiek inna instytucja w ogóle istnieje. Przestali już jadać w stołówce, wolą przynosić ze sobą kanapki i zaśmiecać biurka okruszynami. Na tablicach ogłoszeń wisi zawiadomienie o koncercie, który odbył się cztery lata temu. Na drzwiach biura Mr Browna widnieje tabliczka z napisem „Mr Smith”, a na drzwiach Mr Smitha przyczepiono naklejkę bagażową, na której wyblakłym atramentem wypisano „Mr Robinson”. Wybite okna zreperowano za pomocą kawałków tektury. Jeśli dotknąć kontaktów elektrycznych, doznaje się lekkiego, lecz bolesnego porażenia. Tynk odpada z sufitu, ściany pokryte są plamami. Winda nie działa, a w ustępie nie można spuścić wody. Przez wybite okienko w suficie woda rozpryskuje się, ściekając do podstawionego wiadra, a z suteren dobiega miauczenie wygłodniałego kota.

Ostatnie stadium choroby doprowadziło całą instytucję do stanu załamania. Objawy choroby w tej ostrej formie są tak liczne i wyraźne, że doświadczony badacz może często odkryć je telefonicznie, nie odwiedzając w ogóle zarażonego miejsca. Kiedy mdlejący z nudy głos odpowiada „Heelllou!”, ekspert słyszał już dosyć. Smutno kiwa głową i odkłada słuchawkę. „Trzecia faza, i to nieźle zaawansowana – mruczy do siebie – prawie na pewno beznadziejna”. Zbyt późno już na próbę jakiegokolwiek leczenia. Instytucja jest – praktycznie biorąc – martwa.

Opisaliśmy więc tę chorobę tak, jak się ją widzi od wewnątrz, a następnie od zewnątrz. Znamy jej początki, rozwój, wyniki infekcji, a także objawy, po których poznaje się jej obecność, Brytyjska myśl medyczna rzadko kiedy wychodzi poza tę fazę badań. Skoro chorobę raz zidentyfikowano, nazwano, opisano i wytłumaczono, Brytyjczycy są zwykle już zupełnie zadowoleni i gotowi do badań następnego zagadnienia. Jeśli ich zapytać o sposób leczenia, patrzą ze zdziwieniem i polecają dać zastrzyki penicyliny, a przedtem (lub potem) usunąć pacjentowi wszystkie zęby. Od razu staje się jasne, że ten aspekt problemu ich nie interesuje.

Czy powinniśmy zająć takie samo stanowisko? Czy też, jako uczeni zajmujący się zagadnieniami politycznymi i społecznymi, powinniśmy zastanowić się, czy i co można na to poradzić? Szczegółowa dyskusja nad jakąś możliwą kuracją byłaby z pewnością przedwczesna, lecz bardzo ogólne wskazanie kierunku, w którym można by szukać rozwiązania, byłoby rzeczą pożyteczną. Można by przynajmniej wyłożyć pewne zasady.

Pierwsza z owych zasad brzmi: instytucja dotknięta chorobą nie może sama się zreformować. Wiemy, że istnieją przykłady, iż choroba znika bez leczenia, tak samo jak występuje bez ostrzeżenia; przypadki te jednak są rzadkie, a specjaliści uważają je za nieprawidłowe i niepożądane. Kuracja, jakakolwiek byłaby jej istota, musi przyjść z zewnątrz. Może być rzeczą fizycznie możliwą, żeby pacjent sam sobie usunął wyrostek robaczkowy pod miejscowym znieczuleniem, ale taka praktyka spotkałaby się z niechęcią i szeregiem zastrzeżeń. Inne operacje jeszcze mniej nadają się do tego, żeby pacjent posłużył się własną zręcznością.

Zatem pierwszą zasadą, jaką spokojnie możemy ogłosić, będzie ta, iż pacjent i chirurg nie powinien być tą samą osobą. Kiedy instytucja znajduje się w zaawansowanym stadium choroby, potrzebne są usługi specjalistów, a nawet w pewnych wypadkach usługi największego z żyjących autorytetów, samego Parkinsona. Honorarium, które trzeba by zapłacić, byłoby oczywiście bardzo wysokie, lecz w wypadku tego rodzaju wydatek nie stanowi naturalnie przeszkody. Jest to przecież bądź co bądź sprawa życia i śmierci.

Drugą zasadą, którą możemy wyłożyć, jest ta, że początkowe stadium choroby można leczyć zwykłymi zastrzykami, następne – wymaga w pewnych wypadkach leczenia chirurgicznego, trzecie zaś – należy uznać za nieuleczalne. W swoim czasie lekarze przebąkiwali coś o buteleczkach i pigułkach, ale to sposób przestarzały. W innym okresie mówiono mgliście o psychologii, lecz to także już sprawa przestarzała; od tego czasu większość psychoanalityków uznano za obłąkanych.

Obecna epoka jest epoką zastrzyków i cięć i uczeni zajmujący się polityką powinni dotrzymywać kroku osiągnięciom medycyny. Zetknąwszy się z wypadkiem początkowego zakażenia, automatycznie przygotowujemy strzykawkę i zastanawiamy się jedynie nad tym, co – oprócz wody – powinno się w niej znajdować. W zasadzie zastrzyk powinien zawierać jakąś substancję aktywną – ale z jakiej grupy należy ją wyselekcjonować?

Wstrząsowy zastrzyk powinien zawierać dużą dawkę Nietolerancji, lecz to lekarstwo trudno wyprodukować, a niekiedy okazuje się ono zbyt silne w działaniu. Nietolerancję uzyskuje się z krwi pułkowych sierżantów i powinna ona zawierać dwa składniki chemiczne, a mianowicie:

    1. najlepsze jest zaledwie dość dobre (DD) i
    2. nie ma żadnego usprawiedliwienia (ŻU).

Nietolerancyjne indywiduum wprowadzone do chorej instytucji wywiera skutek wzmacniający i może sprawić, że organizm przeciwstawi się wpływom początkowego źródła infekcji. Jakkolwiek ten sposób leczenia może okazać się bardzo dobry, nie ma zupełnej pewności, że kuracja ta będzie stale działać. Można wątpić, czy substancję zakażającą uda się rzeczywiście usunąć z systemu. Informacje, które mamy, skłaniają nas raczej do wniosku, że tego rodzaju leczenie w pierwszej instancji jest zaledwie środkiem łagodzącym i że choroba, jakkolwiek uśpiona, pozostaje w organizmie. Niektórzy znawcy sądzą, że powtarzanie zastrzyków spowoduje całkowite wyleczenie, inni jednak obawiają się, że może wywołać nowe podrażnienie, niewiele mniej niebezpieczne niż pierwotna choroba. Dlatego nietolerancja jest lekarstwem, które należy stosować ostrożnie.

Istnieje nieco łagodniejsze lekarstwo, zwane Śmiesznością, lecz jego działanie jest niepewne, istota nieustalona, a skutki zbyt mało znane. Mało jest powodów do obaw, żeby zastrzyk śmieszności mógł spowodować jakąś szkodę, lecz nie wiadomo też na pewno, czy kuracja przyniesie pożądany rezultat. Istnieje na ogół zgoda co do tego, że zdegrengolowane indywiduum ma grubą skórę ochronną, uodpornioną na śmieszność. Może się zdarzyć, że śmieszność doprowadzi do izolowania infekcji, ale to wszystko, czego można się było spodziewać, a właściwie nawet więcej, niż się żądało.

Można na koniec zauważyć, że w tego rodzaju przypadkach wypróbowywano także metodę Strofowania (którą również można stosować), i nie bez pewnych wyników. Jednakże tu znowu powstają trudności. Lekarstwo to jest bodźcem działającym natychmiast, lecz może też spowodować rezultat wręcz odwrotny od tego, którego pragną specjaliści. Po chwilowym zrywie aktywności zdegrengolowane indywiduum staje się jeszcze bardziej bierne niż przedtem i równie groźne jak samo źródło zakażenia.

Jeśli więc można w jakikolwiek sposób wykorzystać strofowanie, to niemal wyłącznie jako jeden z elementów preparatu składającego się poza tym z nietolerancji i śmieszności, a może i innych leków, dotychczas nie wypróbowanych. Pozostaje tylko zauważyć, że preparat taki, jak dotąd, nie istnieje.

Sądzimy, że drugie stadium choroby nadaje się do operacji. Wszyscy czytelnicy-fachowcy słyszeli o pracach ogólnie łączonych z nazwiskiem Cutlera Walpole. Operacja dokonana po raz pierwszy przez tego wielkiego chirurga polegała po prostu na usunięciu zakażonych organów i na równoczesnym wprowadzeniu świeżej krwi, przetoczonej z podobnego organizmu.

Czasami operacja ta się udaje. Należy tylko dla porządku dodać, że czasami operacja się nie udaje. Szok może się okazać zbyt wielki dla organizmu. O świeżą krew może być trudno, a nawet jeśli się ją uzyska, może nie udać się zmieszanie jej z krwią już poprzednio krążącą w organizmie. Z drugiej strony ta drastyczna metoda daje niewątpliwie najlepszą szansę zupełnego wyleczenia.

Wydaje się, że w trzecim stadium nic już nie można zrobić. Instytucja jest – w praktyce – całkowicie martwa. Można ożywić ją na nowo, lecz tylko wówczas, jeśli zmieni się jej nazwę, siedzibę i cały sztab pracowników. Ludzie myślący kategoriami ekonomicznymi ulegają pokusie przeniesienia do nowej instytucji części dawnego personelu w imię – na przykład – ciągłości pracy. Lecz taka transfuzja z pewnością okaże się fatalna, a ciągłość jest właśnie tym, czego należy unikać.

Żadnej części dawnej i chorej instytucji nie można uznać za wolną od zakażenia. Nie wolno przenosić z dawnej siedziby ani personelu, ani wyposażenia, ani żadnej tradycji. Po ścisłej kwarantannie musi nastąpić zupełna dezynfekcja. Zakażony personel należy rozesłać (z gorącymi poleceniami) do tych konkurencyjnych instytucji, do których czuje się szczególną wrogość. Całe wyposażenie i wszystkie akta należy zniszczyć bez namysłu. Co do budynków, to najlepiej najpierw wysoko je ubezpieczyć, a następnie podpalić. Dopiero wtedy, gdy pozostaną z nich sczerniałe ruiny, możemy być pewni, że bakcyl choroby został zniszczony.

Opublikowano Uncategorized | 2 komentarze

Wrażenia elektryka z podróży naukowej po Stanach Zjednoczonych A. P. (1938)

Wiadomości Elektrotechniczne 5/1938

 

Wrażenia elektryka z podróży naukowej po Stanach Zjednoczonych A. P.

 

Zastosowanie elektryczności w gospodarstwie domowym.

 

Przyrządy elektryczne małej mocy.

 

Do tych przyrządów zaliczamy imbryki do kawy i herbaty, garnuszki do gotowania jajek, ruszty do smażenia chleba, przyrządy do celów kosmetycznych (rurki i suszarki do włosów, wibratory), maszynki do golenia itp.; poza tym należą tu odkurzacze i froterki. Na skutek przyjętej powszechnie w Ameryce b. dokładnej regulacji częstotliwości w sieciach szerokie rozpowszechnienie znalazły tu zegary synchroniczne.

Jako nowość, należy wymienić elektryczny przyrząd do chłodzenia pomieszczeń, składający się z instalacji chłodniczej z wentylatorem, umieszczonej w szafie mogącej służyć zarazem, jako mebel. Przyrząd ten wymaga połączenia z wodociągiem i używa się podczas upalnego lata – zarówno w biurach, jak i w mieszkaniach prywatnych. Tam, gdzie nie wystarcza samo obniżenie (w lecie) lub podwyższenie (w zimie) temperatury pomieszczenia, stosuje się automatyczne regulowanie „klimatu“, a więc – oprócz regulacji temperatury – także regulacja wilgotności powietrza – przez jego suszenie lub nawilżanie, a oprócz tego filtrowanie powietrza. Sztuczne przewietrzanie pomieszczeń, bardzo zazwyczaj intensywne i skuteczne, stosuje się w Ameryce nie tylko w teatrach i kinematografach, lecz i w domach towarowych, biurach, a nawet w wagonach kolejowych i tramwajowych.

 

Dźwigi.

 

Dźwigi posiadają w Ameryce ogromne znaczenie; aby zdać sobie sprawę z roli, jaką tu odgrywają, wystarczy spojrzeć na pierwszy lepszy drapacz chmur. Każdy taki gmach posiada wielką liczbę dźwigów, obsługujących pewne odcinki, przyczem na sześć pięter przypada co najmniej 1 dźwig; 6-10 dźwigów tworzą grupę, obsługującą te same piętra; a więc grupa I (dźwigi od 1 do 6) – obsługuje piętra od 1 do 20 włącznie; grupa II (dźwigi od 7 do 12) – obsługuje piętra od 21 do 40 włącznie; wreszcie grupa III (dźwigi od 13 do 18 wł.) obsługuje piętra od 41 do 60 włącznie. Dźwig kursuje zawsze z obsługą, przyczem każdy z nich przebiega ten sam wyznaczony dlań tor – niezależnie od tego, czy są pasażerowie, czy też ich nie ma. W ten sposób dźwigi kursują między piętrami podobnie, jak wagony tramwajowe, z tą tylko różnicą, że każdy dźwig posiada swój własny tor, odchodząc w ściśle określonych odstępach czasu. Sygnalizacja świetlna wskazuje kierunek ruchu oraz miejsce, w którym w danej chwili znajduje się kabina dźwigu.

System dźwigów jest przyciskowy – z zamykaniem drzwi przed ruszaniem, przyczem dźwig zatrzymuje się tylko tam, gdzie pasażerowie wysiadają lub wsiadają. To ostatnie uskutecznia się przez naciskanie przycisków umieszczonych na poszczególnych piętrach gmachu. Przyciski te działają automatycznie – tylko na kabinę, znajdującą się w danej chwili najbliżej wywołującego piętra. Najnowsze dźwigi zaopatrzone są w tzw. „wskaźnik pięter“ wyświetlający na specjalnej taśmie liczbę mijanego piętra. Drzwi takiego dźwigu otwierają się samoczynnie przy każdym zatrzymaniu się kabiny. Obsługujący dźwig ma za zadanie zamykanie drzwi, naciskanie przycisków oraz wywoływanie pięter.

W słynnym „Rockefeller Center“ dźwigi – dla uniknięcia wypadków – zaopatrzone są w drzwi zaryglowane przy pomocy przekaźnika świetlnego, dzięki czemu drzwi kabiny mogą być zamknięte wówczas tylko, gdy nikt nie stoi w otworze. Szybkość jazdy kabin wynosi ok. 4 – 6 m/sek. Urządzenia dźwigowe są prawie że wyłącznie napędzane prądem stałym w układzie Ward-Leonarda. Do przetwarzania prądu zmiennego na stały służą przeważnie przetwornice wirujące. Prostowniki spotykane są dotychczas b. rzadko. W nowych instalacjach dźwigowych stosowane jest hamowanie elektryczne, co daje dużą oszczędność na kosztach energii elektrycznej, obniżając jednocześnie koszty utrzymania i odnawiania hamulców.

Kabiny zabierają przeważnie ok. 20 osób (1500 do 1600 kg); grupy napędowe posiadają moc od 40 do 150 KM. Podobnie do dźwigów osobowych pracują windy towarowe z b. dużymi szybkościami. Tak np. windy do węgla w elektrowni Hell Gate w Nowym Jorku podnoszone są z szybkością 6 m/sek.

 

Gospodarka energetyczna i elektryczna.

 

Przebieg obciążenia.

 

Większość elektrowni amerykańskich posiada wykresy obciążenia dobowego z mocno zaznaczonym szczytem oświetleniowym. Ostatnio daje się zauważyć dążenie do wyrównywania tych szczytów i uzyskania bardziej korzystnego przebiegu obciążenia. Co się tyczy środków, zmierzających ku temu, to np. wozy akumulatorowe, które mogłyby być z powodzeniem ładowane w nocy, zastępowane są stopniowo przez wozy o napędzie benzynowym. Dużą przyszłość posiadają natomiast elektryczne bojlery; kuchnie elektryczne posiadają w tym kierunku znaczenie podrzędne, ponieważ przygotowanie obiadów przypada – ze względu na rozkład godzin biurowych – na wieczór, zwiększając raczej jeszcze szczyty obciążenia. Warto zaznaczyć, że obciążenie elektrowni w czasie większych imprez sportowych wybitnie się zwiększa – na skutek wzmożonych odbiorów radiowych (odbiorniki sieciowe). Tak np. podczas wielkich zawodów „baseballowych“ w Filadelfii stwierdzono dodatkowe obciążenie, wywołane przez same tylko odbiorniki radiowe, w wysokości 30.000 kilowatów.

 

Zużycie energii elektrycznej. Gospodarka elektryczna.

 

Statystyka odbioru energii prowadzona przez T-wo „United Edison Company“ w Nowym Jorku wykazuje, że elektrownia ta obsługuje 248 000 małych odbiorców, spośród których 10% jest stale w trakcie przeprowadzania się. Średnie roczne zużycie energii elektrycznej wynosi zaledwie 32,6 kWh na odbiorcę. 103 600 rzemieślników zużywa 22 800 000 kWh, co wynosi średnio rocznie 224 kWh na odbiorcę. Całkowite zużycie roczne energii elektrycznej dla Nowego Jorku wynosiło 2 lata temu nieco więcej niż 5 miliardów kilowatogodzin przy obciążeniu szczytowym, wynoszącym 1 100 000 kW.

Średnie zużycie energii elektrycznej wynosiło w roku 1932 530 kWh rocznie na głowę ludności. Liczbę tę przekracza, jak wiadomo, Kanada i Skandynawia, a osiąga ją Szwajcaria. Należy zaznaczyć, że oprócz wodospadów Stany Zjednoczone A. P. posiadają też i inne źródła energii, jak węgiel, ropę i gaz ziemny, przyczem ten ostatni – przy podwójnej wartości opałowej w porównaniu do zwykłego gazu świetlnego – jest o połowę od niego tańszy.

 

Rodzaj prądu, napięcia i częstotliwości.

 

Prowadzenie ruchu i regulowanie częstotliwości.

 

Bardzo duże odległości pomiędzy amerykańskimi miastami spowodowały, że sieci ich rozwijały się całkowicie niezależnie od siebie. To też spotykamy tu obok siebie najbardziej różnorodne systemy, jak prąd stały i zmienny o częstotliwościach od 25 do 60 okr/sek., przy najróżnorodniejszych napięciach. Dla trakcji elektrycznej prąd zmienny znormalizowano na 25 okr/sek., dla celów zaś przemysłowych i do oświetlenia częstotliwość prądu zmiennego znormalizowano w Stanach Zjednoczonych na 60 okr/sek.

Dla zapewnienia możliwie jak największej pewności ruchu nastąpiło ostatnio w Stanach Zjednoczonych A. P. równoległe połączenie sieci – poprzednio samodzielnych – przy pomocy przewodów wysokiego napięcia. Wywołało to konieczność ustawienia wielkiej liczby przetwornic częstotliwości. Warunki współpracy tych sieci dały bodziec do prac nad rozwojem systemów ochronnych oraz przekaźników, przyczem opracowano dużą ich liczbę. Znaczne trudności wyłoniło przy połączeniu rozległych sieci długimi przewodami utrzymywanie częstotliwości, gdyż, jak wiadomo, zakłóceń w ruchu sieci uniknąć można tylko przy dokładnym utrzymywaniu częstotliwości; niektóre sieci są sterowane – pod względem częstotliwości – za pomocą kryształów kwarcu. Dla łatwiejszego utrzymania częstotliwości próbują amerykanie zorganizować równoległą pracę swych elektrowni w ten sposób, aby zmianę obciążenia (która pociąga za sobą, jak wiadomo, zmianę częstotliwości) przejmowała na siebie elektrownia leżąca najbliżej tego miejsca w sieci, w którym wywołana została zmiana obciążenia. W ten sposób zadanie „pilnowania“ częstotliwości rozłożone zostaje w pewnym stopniu na wszystkie pracujące równoległe elektrownie. Inny znów – badany obecnie – sposób polega na tym, że zadania poszczególnych elektrowni pozostają, jak dotychczas (a więc przejmowanie obciążenia – wg. rozkładu – przez jedne elektrownie, utrzymywanie zaś częstotliwości – przez inne), przyczem regulatory w elektrowniach utrzymujących częstotliwość zostają samoczynnie zablokowane – o ile warunki stabilizacji linii nie są spełnione i konieczna jest samoczynna interwencja regulatorów innych elektrowni. Stawia to przed konstruktorami regulatorów turbin nowe zadania, wymagające ścisłej współpracy inżynierów-mechaników z inżynierami-elektrykami.

 

Taryfy.

 

Większość taryf amerykańskich stanowią taryfy blokowe, przeważnie jednostkowe. Osiągnięcie przez elektrownię korzystnych cen za prąd oraz za energię do gotowania i przygotowania ciepłej wody polega na umiejętnym wyborze wielkości bloków. Przy taryfach zasadniczych, używanych w stosunku do małych abonentów, zasadnicza cena oblicza się na podstawie liczby izb, ich powierzchni oraz mocy przyłączonej, albo też na podstawie największego obciążenia. Wiele taryf czyni wrażenie zupełnie dowolnych. Niektóre elektrownie zaopatrują swe taryfy w klauzulę węglową. Pod względem cen za energię elektryczną istnieją duże różnice. Najniższą cenę za prąd wykazuje Elektrownia Miejska w Toronto czerpiąca energię do napędu prądnic z wodospadu na Niagarze. Z drugiej strony taryfy w prywatnych elektrowniach Nowego Jorku są dla wielu odbiorców bardzo wysokie, co spowodowało, iż władze miejskie tego miasta projektują budowę własnej elektrowni, aby móc w ten sposób wpłynąć na wygórowane taryfy elektrowni prywatnych.

Streścił inż. Z. S-r.

Opublikowano Historia | 1 komentarz

Application will not start due to a System.IO.FileFormatException() na WinXP

Budujemy aplikację (tutaj WPF), dodajemy do niej ikonę – ładną 256×256.

Taką:

iconimage

Ikona powstaje na PaintNet, z (przykładowo) zaznaczonymi wszystkimi formatami:

 

 createiconwithpng

 

Aplikacja działa na Win8, Win7, i pewnie na Viście.

Ale, próba uruchomienia na XP skutkują błędem.

Zapis w EventLogu zaczyna się tak:

Application: WpfApplicationTest.exe
Framework Version: v4.0.30319
Description: The process was terminated due to an unhandled exception.
Exception Info: System.IO.FileFormatException
Stack:
at System.Windows.Media.Imaging.BitmapFrameDecode.EnsureThumbnail()
at System.Windows.Media.Imaging.BitmapFrameDecode.get_Thumbnail()
at MS.Internal.AppModel.IconHelper.GetBestMatch(System.Collections.ObjectModel.ReadOnlyCollection`1<System.Windows.Media.Imaging.BitmapFrame>, System.Windows.Size)
at MS.Internal.AppModel.IconHelper.CreateIconHandleFromImageSource(System.Windows.Media.ImageSource, System.Windows.Size)
at MS.Internal.AppModel.IconHelper.GetIconHandlesFromImageSource(System.Windows.Media.ImageSource, IconHandle ByRef, IconHandle ByRef)
at System.Windows.Window.UpdateIcon()

Jaka jest przyczyna?

Przyczyną jest format 256×256 PNG.

Gdy przy tworzeniu ikony opcje będą wyglądać tak:

 createiconwithoutpng

To ina XP aplikacja będzie działać.

Opublikowano Komputery i Internet | Otagowano | Dodaj komentarz

(Nie tak) prosty pomiar indukcyjności!

Tekst opublikowany na Elektrodzie, kopia na wszelki wypadek.

Ponieważ uznałem, że najwyższy czas zająć się zasilaczami impulsowymi – potrzebny stał się miernik indukcyjności.

Najprostsze rozwiązanie polega na tym, by cewkę o nieznanej indukcyjności podłączyć do kondensatora o znanej pojemności – utworzony obwód rezonansowy odtłumić dodając ujemną oporność, a następnie zmierzyć częstotliwość na jakiej będzie oscylować.

(Nie tak) prosty pomiar indukcyjności!

Czyli – rozwiązanie opisane na Elektrodowym Mierniku do pomiaru indukcyjności, tyle tylko, że stosując nieco bardziej zaawansowane elementy. Konkretnie – stabilizator 78L05 i FET BF256.

(Nie tak) prosty pomiar indukcyjności! C1 = 3,74nF

C1a = 3,74nF
C2 = C1 + C1a

Układ został zmontowany kynarem na kawałku płytki uniwersalnej, jako przymiarka przed zrobieniem autonomicznego urządzenia z AVR i wyświetlaczem LCD.

(Nie tak) prosty pomiar indukcyjności!

Precyzyjne (1%) kondensatory zostały kupione w Nikompie
Ponieważ miałem kilka dosyć dokładnych (5%) indukcyjności kupionych dawniej w Conradzie postanowiłem sprawdzić działanie układu.

I tutaj pojawiła się niespodzianka…

Obwód powinien wyglądać tak:

(Nie tak) prosty pomiar indukcyjności!

Ale tak naprawdę wyglądał tak:

(Nie tak) prosty pomiar indukcyjności!

W układzie pojawiła się spora, rzędu nanofaradów pojemność pasożytnicza Cx.
Indukcyjność 10 μH wzbudza się przy 713 kHz – czyli Cx = 1,2 nF
Indukcyjność 22 μH wzbudza się przy 460 kHz – czyli Cx = 1,62 nF
Indukcyjność 47 μH wzbudza się przy 306 kHz – czyli Cx = 1,99 nF

I – na dodatek pasożytnicza pojemność nie jest stała.

Stało się dla mnie teraz jasne, dlaczego tutaj Pomiar indukcyjność mierzy się podłączając do indukcyjności kolejno dwa kondensatory o znanych pojemnościach.

(Nie tak) prosty pomiar indukcyjności!
(Nie tak) prosty pomiar indukcyjności!

Pozwala to wyliczyć najpierw wartość kondensatora pasożytniczego:
(Nie tak) prosty pomiar indukcyjności!
A znając ją, wyliczenie indukcyjności jest trywialne:
(Nie tak) prosty pomiar indukcyjności!

Do płytki dolutowałem drugi kondensator i przycisk.
Dokupiłem także dodatkowe w miarę dokładne (10%) indukcyjności w Nikompie , tak by uzyskać pokrycie pomiarów do 1mF.

Oto wyniki pomiarów:

(Nie tak) prosty pomiar indukcyjności!

Jak widać – wyniki można uznać za poprawne, metoda z dwiema pojemnościami jest słuszna – w przeciwieństwie do metody z jedną pojemnością.

Kalkulator liczący indukcyjność tą metodą (ze źródłami) można ściągnąć z Codeplex.

Zasadniczy kawałek kodu wygląda tak:

double cx = (c1 * Math.Pow(f1, 2) – c2 * Math.Pow(f2, 2)) / (Math.Pow(f2, 2) – Math.Pow(f1, 2));
double l = 1.0 / ((c1 + cx) * Math.Pow(2 * Math.PI * f1, 2));

Opublikowano Elektronika | Dodaj komentarz

Łże jak naoczny świadek

(Dla pamięci: wpis pochodzi ze samoopróżniającego się Hyde Parku w dws.org.pl)

Stare policyjne powiedzenie mówi: „Łże jak naoczny świadek”.

I nie chodzi tutaj o świadome kłamstwo. Gdyby tak było, ustalenie prawdy byłoby proste – wystarczyłby wariograf lub żelazko, by poznać najzupełniej obiektywną prawdę.

Problem polega na tym, że ludzie czasami widzą coś innego od tego, na co patrzą – pozostając przy tym absolutnie pewnymi, że tak nie jest.

I to jest problemem także tych, którzy zajmują się historią.

Pozwoliłem sobie przytoczyć tutaj parę przykładów, ukazujących poglądowo z jaką ostrożnością należy podchodzić do relacji naocznych świadków.

 

Przykład pierwszy – klasyczny.

H. J. Eysenck:

Celem zbadania niedokładności zeznań przeprowadza się zwykle następujący eksperyment. Zbiera się grupę studentów, którym daje się wykład o niedokładności zeznań świadków, a następnie inscenizuje jakieś ekscytujące wydarzenie. Na przykład, w czasie wykładu wpada ktoś z zewnątrz i wyjmuje rewolwer grożąc, że zabije wykładowcę. Zwykle kilku studentów wyprowadza intruza z pokoju. Wykładowca zwraca się wtedy do studentów z prośbą o opisanie incydentu, jaki się właśnie rozegrał. Osobom, które nie uczestniczyły nigdy w tego typu eksperymencie trudno byłoby uwierzyć, jak niedokładne są te relacje. W niektórych opisach rewolwer staje się np. nożem, strzelbą lub kijem, intruz jest w nich kobietą, starym człowiekiem z brodą, Murzynem czy też chorym umysłowo. Świadkowie niemal zupełnie zniekształcają treść jego wypowiedzi i wreszcie liczba studentów, którzy wyprowadzili go z pokoju albo niepomiernie wzrasta, albo też z opisu wynika, że napastnik sam się wycofał.

Jakie można z tego wyciągnąć wnioski? Otóż, po każdym wydarzeniu z udziałem świadków można się spodziewać, że co prawda większość opowie o wydarzeniach w miarę wiernie, ale znajdą się także i tacy, którzy będą opowiadać dziwne historie.

Badacz zestawiając relacje ustali, co się faktycznie stało.

Można być także pewnym, że jeżeli wydarzeniem zainteresuje dziennikarz – to będzie najbardziej zainteresowany tymi, którzy opowiedzą najciekawsze historie.

Czy wysoka ogólna wiarygodność świadka jest gwarancją wierności jego relacji?

Niestety nie.

H. J. Eysenck:

Sir Edmund Hornby był naczelnym sędzią Najwyższego Sądu Konsularnego w Chinach i Japonii. Zgodnie z jego relacją, opublikowaną przez Towarzystwo Badań Parapsychologicznych w r. 1884, pewien reporter odwiedzał go zwykle w godzinach wieczornych, zabierając wyroki sądowe z danego dnia, tak aby można je było opublikować nazajutrz w gazecie. Pewnej nocy Sir Hornby obudził się na skutek pukania do drzwi. Do pokoju wszedł wspomniany reporter, śmiertelnie blady. Zbliżył się do jego łóżka i w sposób uprzejmy, ale zarazem jakby z rozpaczliwym naleganiem żądał od sędziego ustnego resume z przebiegu procesów tego dnia. Sir Edmund uczynił zadość naleganiu dziennikarza, który wkrótce potem opuścił jego dom. Spojrzawszy na zegarek, Sir Edmund stwierdził, że jest wpół do drugiej w nocy. Pani Hornby obudziła się również i mąż opowiedział jej o całym tym wydarzeniu.

Następnego dnia Sir Hornby dowiedział się, że dziennikarz ten umarł tej właśnie nocy. Jeszcze o godzinie 12.45 widziano go, jak pisał, a o wpół do drugiej żona jego stwierdziła, że nie żyje. Obok ciała znaleziono notatnik, w którym zapiski urywały się na tytule do artykułu na temat wyroków. Najprawdopodobniej dziennikarz umarł na atak serca i – jak stwierdzano – nie mógł on wychodzić z domu tej nocy.

Mamy więc mrożącą krew w żyłach historię, opowiedzianą przez wysoce wiarogodnego świadka. Tymczasem, jak się w jakiś czas potem okazało, dziennikarz, o którym mowa, umarł między ósmą a dziewiątą rano, przy czym dzień poprzedzający jego śmierć był dniem, w którym sędzia nie rozpatrywał żadnych spraw w sądzie. Ponadto śmierć jego nastąpiła na trzy miesiące przed ślubem Sir Edmunda Hornby. Słysząc o tych faktach, których prawdziwość była nie do obalenia, Sir Edmund przyznał, że pamięć musiała mu spłatać figla. Nie wydaje się prawdopodobne, by Sir Edmund specjalnie wymyślił taką historię i pozwolił na jej opublikowanie wiedząc, że jest nieprawdziwa i że będzie wokół niej dużo hałasu.

A czy jakieś wydarzenie wraz ze świadkami może powstać w ogóle bez żadnych materialnych faktów?

Niestety, tak – i to całkiem łatwo. Oczywiście, żeby znaleźli się świadkowie – musi to być coś, co będzie dla nich znaczące.

I można zrobić to świadomie.

James Randi:

Wiele lat temu sprawiłem sobie wielką satysfakcję, dowodząc słuchaczom nowojorskiego programu radiowego pod nazwą „The Long John Nebel Show”, że większość ludzi lubi się włączyć do dobrej zabawy, kiedy tylko jest po temu okazja. Razem z Nebelem zaplanowaliśmy wówczas wykonanie pewnego drobnego eksperymentu i kiedy zasiedliśmy obaj w studiu do długiej wieczornej rozmowy o rzeczach dziwnych, które cieszyły się wówczas wielkim powodzeniem, a mianowicie latających spodkach, upewniliśmy się najpierw, że linie telefoniczne radia są wolne i gotowe do akcji. Wkrótce bowiem miał je czekać – według naszych przewidywań – niemały wysiłek. Tak też się stało.

Na początku programu opisałem, zachłystując się słowami i tracąc dech z emocji, jak to nieco wcześniej, niemalże przed chwilą, prowadząc samochód w rejonie Perth Amboy w New Jersey, ujrzałem na niebie ułożoną w klin formację trójkątnych, pomarańczowych obiektów, które poruszały się w kierunku północnym. Powiedziałem też, że nie jestem pewien, czy słyszałem jakieś dźwięki, ponieważ wokół panował zwykły uliczny zgiełk i szum przejeżdżających samochodów. Pulpit telefoniczny rozgłośni rozjarzył się natychmiast jak elektroniczna choinka, a sekretarka Johna Nebela zaczęła zapisywać doniesienia dzwoniących, którzy również byli świadkami tego rzucającego się w oczy zjawiska. Niektórych słuchaczy łączono ze studiem, tak że mogli opowiedzieć swoje wrażenia na falach radiowych. W przeciągu pół godziny udało nam się wspólnie ustalić dokładną liczbę trójkątnych pojazdów, ich prędkość, wysokość lotu i dokładny jego kierunek, a przy okazji dowiedziałem się, że ja sam widziałem tylko jeden przelot UFO, podczas gdy w rzeczywistości było ich kilka!

Kiedy patrzę na to z perspektywy czasu myślę, że niepotrzebnie zepsuliśmy wówczas zabawę i zdradziliśmy tajemnicę po godzinie przyjemnego bajania na antenie. Gdyby nie to, zebrane wówczas doniesienia przedostałyby się niewątpliwie do obszernej literatury na temat „niezidentyfikowanych obiektów latających” i byłyby jednym z nie dających się podważyć faktów, cytowanych przez wszystkich „wierzących”. Stało się jednak, jak się stało, czyli że po godzinie farsy litościwie zakończyliśmy jej żywot, pokazując słuchaczom jak niezwykle łatwo jest stworzyć z niczego w pełni dojrzałą, soczystą bzdurę, która później, w rękach różnych maniaków, utwierdza się i rozrasta do postaci ważkich elementów naszej wiedzy i kultury.

Czy nieistniejące wydarzenie może powstać samorzutnie?

Tak.

Barbara Tuchman:

Wobec nagłego i przeraźliwego uświadomienia sobie, że nieprzyjaciel zwycięża w wojnie, ludzie szukający nadziei uchwycili się plotki, która pojawiła się niespodziewanie w ostatnich dniach i przekształciła się w narodową halucynację. Siedemnastogodzinne opóźnienie pociągu w dniu 27 sierpnia na trasie Liverpool-Londyn wywołało pogłoskę, że zakłócenie to spowodował transport wojsk rosyjskich, które – jak wiadomo – miały wylądować w Szkocji w drodze na front zachodni. Miały one przybyć rzekomo z Archangielska przez Ocean Lodowaty Północny do Norwegii, a stamtąd zwykłym parowcem do Aberdeen, skąd zostały przewiezione specjalnymi pociągami wojskowymi do portów na wybrzeżu Kanału. Każdy, kogo pociąg miał opóźnienie, z miną człowieka, dla którego nie ma tajemnic, przypisywał to „Rosjanom”. W przygnębieniu, jakie zapanowało po korespondencji z Amiens, mówiącej o zastępach niemieckich potężnych jak „morskie fale”, i po wyrażonym w niej apelu o „żołnierzy, żołnierzy i jeszcze raz żołnierzy”, powszechne nadzieje skierowały się podświadomie w stronę niezmierzonych rzesz rosyjskiego wojska. Zjawa, która ukazała się w Szkocji, w miarę rozchodzenia się wieści przyoblekła się w ciało, gromadząc po drodze coraz więcej potwierdzających szczegółów.

Rosjanie tupali nogami na peronie, otrząsając śnieg z butów (w sierpniu!); ktoś znał bagażowego, który na dworcu w Edynburgu zmiatał ten śnieg. „Obce mundury” mignęły w przejeżdżających pociągach wojskowych. Różne krążyły wersje na temat, dokąd się udawali; jedni twierdzili, że jadą przez Harwich na pomoc Antwerpii, inni, że przez Dover dla ratowania Paryża. Dziesięć tysięcy żołnierzy widziano po północy w Londynie, jak maszerowali bulwarem Embankment w drodze do stacji Victoria. Bitwę morską pod Helgolandem wtajemniczeni interpretowali jako dywersję dla zamaskowania transportu Rosjan do Belgii. Najbardziej autorytatywni ludzie widzieli ich lub mieli przyjaciół, którzy ich widzieli. Pewien profesor z Oksfordu miał kolegę, którego zaangażowano do Rosjan jako tłumacza. Szkocki oficer w Edynburgu widział ich w „długich, wesołych w kolorze mundurach i wielkich futrzanych czapach”, niosących łuki i strzały zamiast karabinów i prowadzących własne konie, „zupełnie jak szkockie kucyki, tylko bardziej kościste”. Opis ten pokrywał się dokładnie z wizerunkiem kozaków, tak jak ich rysowano przed stu laty na wczesnych wiktoriańskich mezzotintach. Mieszkaniec Aberdeen, sir Stuart Coats, napisał do swego szwagra w Ameryce, że 125 000 kozaków przemaszerowało przez jego posiadłość w hrabstwie Perth. Pewien angielski oficer zapewniał przyjaciół, że 70 000 Rosjan przeszło przez Anglię ,,w największym sekrecie” na front zachodni. Na początku mówiono o 500 000, potem o 250 000, następnie o 125 000, aż w końcu liczba żołnierzy ustaliła się w granicach od 70 000 do 80 000, co wynosiło tyle samo, ile liczył przewieziony na kontynent BEF. Wieści rozprzestrzeniały się wyłącznie drogą ustną. Na skutek urzędowej cenzury nic nie pojawiło się na ten temat w prasie, z wyjątkiem Stanów Zjednoczonych. Tutaj utrwaliły ten fenomen dla potomności relacje powracających do domu i szalejących z podniecenia z powodu Rosjan Amerykanów, z których większość okrętowała się w Liverpoolu.

Inne kraje neutralne podchwyciły tę wiadomość. Depesze z Amsterdamu donosiły o dużych siłach rosyjskich, śpiesznie przerzucanych do Paryża w celu wzmocnienia jego obrony. W Paryżu ludzie tkwili na dworcach kolejowych w nadziei ujrzenia przejeżdżających kozaków. Przedostawszy się na kontynent pogłoska la zaczęła odgrywać rolę czynnika militarnego; również i w Niemczech, dokąd oczywiście dotarła. Niepokój wobec ewentualności znalezienia się 70 000 Rosjan na tyłach Niemców miał stać się w bitwie nad Marną równie istotnym elementem jak nieobecność 70 000 własnych żołnierzy, których przerzucono na front wschodni. Dopiero po Marnie, a więc 15 września, w prasie brytyjskiej ukazało się oficjalne dementi na temat tej plotki

A teraz o faktach świadomie wymyślonych.

Czy jakieś wydarzenie może zostać w całości wymyślone?

Oczywiście, wystarczy tylko ktoś, kto potrafi napisać sensacyjną książkę i nie ma skrupułów.

Naśladowcy będą cytować książkę, nie interesując się jakimkolwiek sprawdzaniem faktów – bo i po co, rynek czeka. Efektem jest mrowie publikacji, zgodnych ze sobą wzajemnie (bo i powstają przez wzajemne kopiowanie) – i przez to wyglądających nader wiarygodnie.

Na przykład Charles Berlitz i sprawa trójkąta bermudzkiego.

James Randi:

Trójkąt Bermudzki jest obszarem oceanu wyznaczonym przez trzy punkty: Bermudę, Puerto Rico i Miami. Legenda tego obszaru zaczyna się rozwijać od 1945 roku, kiedy to zaginęło w nim bez śladu pięć amerykańskich samolotów wojskowych. W przeciągu kilku lat powstało i utrwaliło się w publiczności przekonanie, że jakaś nieznana siła porywała w tym rejonie samoloty, statki, łodzie i ludzi, ciskając je w jakąś otchłań czy coś w tym rodzaju. Berlitz chłonął to wszystko i zapisywał każdy pojawiający się w prasie przypadek, upiększał go potem, dramatyzował i przygotował te historie do druku. Rezultatem tych zabiegów stała się pierwsza książka Berlitza, która znalazła pięć milionów łatwowiernych nabywców i odpowiednio większą liczbę czytelników, doczekała się tłumaczenia na dwadzieścia języków i przyniosła swemu twórcy przeszło milion dolarów zysku.

Larry Kusche zadał sobie trud weryfikacji, tego co napisał Berlitz.

Kusche wykazał w znakomity sposób, że wielka część tak zwanych dziwów Trójkąta była czystym wymysłem, bez żadnych podstaw i dowodów. Czytamy o statkach, które nie występują w żadnych rejestrach, o samolotach, co do których brakuje jakiegokolwiek potwierdzenia, że kiedykolwiek oderwały się od ziemi; o widmowych załogach i o ludziach, których wypadki są często dobrze udokumentowane i nie zawierają w sobie żadnych niezwykłości.

Jeden z opisanych w książce Kuschego przykładów może posłużyć za ilustrację, jak ostrożnie należy przyjmować to, co zostało ogłoszone jako dowód. Według „trójkątowej” wersji pewnego zdarzenia, które Kusche omawia w książce Trójkąt Bermudzki – zagadka rozwiązana, „Trzydzieści dziewięć osób zniknęło na północ od Trójkąta w czasie lotu na Jamajkę, 2 lutego 1953 roku. Sygnał SOS, który wysłano z pokładu samolotu należącego do British York Transport, urwał się nagle bez wyjaśnienia, a samolot zaginął bez śladu. Nigdy nie znaleziono żadnych jego szczątków”. Tyle wersja, a teraz przyjrzyjmy się faktom.

Prawdą jest, że plan lotu określał Jamajkę jako punkt docelowy, co mogło pozornie łączyć ten przypadek z Trójkątem. Jednakże w momencie zaginięcia samolot znajdował się w drodze z Azorów do Nowej Funlandii w Kanadzie, lecąc wzdłuż szlaku daleko na północny zachód od przerażającego obszaru! Plan lotu przewidywał postój w Nowej Funlandii, a dopiero potem start w kierunku Jamajki. Widzimy więc, że skoro końcowym miejscem lądowania samolotu była Jamajka, krzewiciele legendy nazwali ten lot bez żadnych wyjaśnień „lotem na Jamajkę”. Co więcej, samolot, który zaginął dziewięćset mil na północ od Trójkąta, znalazł się po prostu skromnie „na północ od Trójkąta”. Po co męczyć ludzi cyframi. O pogodzie ani słowa, choć „The New York Times” z 2 lutego donosi o „lodowatym, chłostanym wichurą północnym Atlantyku (…) silnych wiatrach i ulewnych deszczach (…) sile wiatru dochodzącej w porywach do siedemdziesięciu pięciu mil na godzinę”.

Zaginięcie odbywającego lot 401 samolotu Eastern Airlines jest dobrym przykładem Berlitzowych hiperboli i jego pokrętnego pisania. Powiada on, że samolot ten „przepadł w wyniku dezintegracji”. Brzmi to dość przerażająco. W umyśle czytelnika wyłania się obraz płynącego majestatycznie po niebie samolotu, który nagle, bez żadnych powodów, zaczyna się rozpadać w powietrzu na drobne kawałki. Scena dziwna i tajemnicza, godna wykorzystania w filmie. Całe wydarzenie stanie się jednak mniej dziwne, kiedy odkryjemy, że załoga samolotu wyłączyła automatycznego pilota lecąc w nocnych ciemnościach nad nie zaludnionym obszarem Parku Narodowego Everglades na Florydzie, gdzie nie ma żadnych świateł naziemnych ułatwiających orientację, co spowodowało, że piloci nie zauważyli utraty wysokości, dopóki samolot nie grzmotnął o ziemię – i w rezultacie uległ „dezintegracji”.

Berlitz lubi się również cofać w głąb historii: do roku 1492 i do Krzysztofa Kolumba. Pisze on, że Kolumb wspomina w swym dzienniku o „krążącej wokół flagowego okrętu ognistej kuli”. Czyżby? Larry Kusche sięgnął do tego samego źródła i znalazł odpowiedni zapis, w którym Kolumb mówi o „wielkim ognistym płomieniu”, jaki pewnej nocy spadł z nieba w morze. Racjonalnie myśląca osoba wyciągnęłaby z tego podobny wniosek, do jakiego doszedł wielki nawigator, że ognistą kulą był duży meteor. Nie ma wzmianek o powstaniu paniki wśród załogi, co niewątpliwie miałoby miejsce, gdyby obiekt ten rzeczywiście „okrążył okręt flagowy” – fakt wymyślony przez Berlitza od początku do końca. Krążenie wokół statku, a w szczególności wybranie okrętu flagowego, byłoby zjawiskiem bardzo tajemniczym. W rzeczywistości jednak było to całkowicie wytłumaczalne, choć spektakularne i rzadkie zdarzenie.

Opublikowano Historia | Dodaj komentarz