Cytat z Parkinsona, do linkowania

„DEGRENGOLITIS” albo obezwładniający paraliż

Na każdym kroku spotykamy pewien typ organizacji (administracyjnej, handlowej czy akademickiej), w, której wyżsi urzędnicy są zaharowani i tępi, ci trochę niżsi – rozwijają pewną aktywność jedynie we wzajemnych intrygach, najmłodsi zaś – są sfrustrowani albo lekkomyślni. Niewielkie stawia się sobie zadania. Niczego się nie osiąga. A zastanawiając się nad tym smutnym obrazem, dochodzimy do wniosku, że kierownicy tych instytucji zrobili wszystko, na co ich było stać, walczyli z przeciwnościami losu, a w końcu przyznali, że ponieśli klęskę.

W świetle ostatnich studiów okazuje się jednak, że nie ma potrzeby przyznania się do takiej klęski. Poważny bowiem procent instytucji umierających, dotychczas zbadanych, znalazł się w stanie ostatecznego upadku celowo i po długotrwałym wysiłku. Upadek ten jest wyraźnie wynikiem choroby, lecz choroby w dużej mierze dobrowolnie sobie zainfekowanej. Od pierwszych oznak tego stanu postęp choroby podsycano, jej przyczyny pogłębiano, a objawy witano z radością. Jest to choroba polegająca na założeniu własnej niższości, całkowita degrengolada – nazwijmy ją „degrengolitis”. Dolegliwość powszechniejsza, niż często się przypuszcza, i dużo łatwiej postawić jej diagnozę niż przeprowadzić kurację.

Nasze studia organizacyjnego paraliżu rozpoczniemy, zgodnie z logiką, od opisu przebiegu choroby, począwszy od pierwszych jej oznak aż do stadium ostatecznego. Następny etap naszych badań będzie dotyczył symptomów i diagnozy. Etap trzeci powinien by zalecać jakieś sposoby leczenia, lecz na ten temat niewiele wiadomo. Najbliższa przyszłość także nie przyniesie zapewne żadnych odkryć w tym względzie, ponieważ tradycja brytyjskich badań medycznych całkowicie przeciwstawia się kładzeniu jakiegokolwiek nacisku na tę część zagadnienia.

Brytyjski specjalista zadowala się zwykle w zupełności prześledzeniem objawów i zdefiniowaniem ich przyczyny. Francuz – odwrotnie – zaczyna od przepisania sposobów leczenia, a dopiero później omawia diagnozę, jeśli w ogóle ją omawia. W naszym wypadku skłonni będziemy przyjąć metodę brytyjską, która może nie pomóc pacjentowi, lecz która jest bez kwestii metodą bardziej naukową. Lepiej jest podróżować z nadzieją w duszy niż po prostu przybywać na miejsce.

Pierwszą oznaką niebezpieczeństwa jest pojawienie się w hierarchii organizacyjnej osobnika, który łączy w sobie potężne nagromadzenie niekompetencji i zazdrości. Żadna z tych cech nie wyróżnia się sama przez się i większość ludzi posiada każdą z nich w pewnej proporcji. Lecz kiedy te dwie cechy osiągają pewne nasilenie – oznaczmy je formułą N3 Z5 – następuje reakcja chemiczna. Dwa elementy stapiają się, stwarzają nową substancję, którą określimy nazwą „degrengoliny”.

Obecność tej substancji można także sprawdzić na podstawie poczynań kogoś, kto nie potrafi niczego dokonać w swoim własnym wydziale, a ustawicznie usiłuje wtrącać się do pracy innych wydziałów i uzyskać kontrolę nad administracją centralną. Specjalista obserwujący ową szczególną mieszaninę nieudolności i ambicji od razu pokiwa głową i mruknie:. „Elementarna, samoistna degrengolina”. Objawy te, jak zobaczymy, są zupełnie typowe.

Następne albo wtórne stadium rozwoju choroby ma miejsce wtedy, gdy zarażony osobnik zdobywa całkowite lub częściowe kierownictwo organizacji centralnej. W wielu wypadkach stadium to następuje bez okresu zakażenia początkowego, jeśli zarażone indywiduum przystępuje właśnie do pracy na tym szczeblu. W tym stadium łatwo rozpoznać owo indywiduum po uporze, z jakim walczy o usunięcie z organizacji wszystkich zdolniejszych od siebie, a także po uporze, jaki napotyka u niego zaangażowanie lub awans kogoś, kto mógłby okazać się zdolniejszym po upływie pewnego czasu.

Ponieważ nie ośmieli się powiedzieć: „Mr Asterisk jest zanadto zdolny”, wobec tego mówi: „Asterisk jest zdolny, zapewne, ale czy solidny? Wolałbym raczej Mr Cyphera”.

Ponieważ nie ośmieli się powiedzieć: „Wobec Asteriska czuję się mały”, więc powie: „Wydaje mi się, że Cypher jest rozsądniejszy”. Rozsądek – to interesujące słowo oznacza w tym kontekście coś odwrotnego niż inteligencja; oznacza ono w gruncie rzeczy robienie tego, co już zostało zrobione. Wobec tego Mr Cypher otrzymuje awans, a Mr Asterisk odchodzi gdzie indziej. Centralna administracja stopniowo zaczyna roić się od ludzi głupszych od przewodniczącego, od dyrektora, od kierownika.

Jeśli prezes instytucji jest postacią drugorzędną, będzie starał się o to, aby sztab jego najbliższych współpracowników składał się tylko z postaci trzeciorzędnych, a ci z kolei o to, aby ich podwładni byli czwartorzędni. Powstaje wkrótce istne współzawodnictwo głupoty, ludzie pragną uchodzić za jeszcze głupszych, niż są w rzeczywistości.

Następne, czyli trzecie z kolei stadium początków tej choroby następuje wówczas, kiedy w całej instytucji od góry aż do dołu, nie przebłysku je już ani iskierka inteligencji. To jest właśnie ów stan upadku, opisany przez nas na początku. Gdy stadium to zostało osiągnięte, instytucja jest – praktycznie biorąc – martwa.

Może pozostawać w tym stanie przez dwadzieścia lat. Może spokojnie się rozkładać. Może nawet – na koniec – powrócić do zdrowia. Przypadki wyzdrowienia są rzadkie. Ktoś mógłby się dziwić, że wyzdrowienie bez leczenia jest w ogóle możliwe. Jednakże jest to kuracja całkiem naturalna i dokładnie przypomina proces, gdy różne żyjące organizmy rozwijają w sobie odporność na trucizny, zabójcze dla nich przy pierwszym zetknięciu. Jest tak, jak gdyby cała instytucja została spryskana roztworem DDT, gwarantującym zniszczenie wszelkich zdolności. Z biegiem lat praktyka ta przynosi pożądane rezultaty. Lecz w końcu pewne jednostki uodporniają się. Ukrywają swoje zdolności pod maską idiotycznego dobrego humoru.

Rezultat jest taki, że pracownicy, którym wyznaczono zadanie zniszczenia zdolności, nie potrafią (wskutek swej głupoty) znaleźć ich tam, gdzie je widzą. Zdolny urzędnik przedostaje się poprzez zewnętrzne linie obronne i toruje sobie drogę ku szczytowi. Wędruje tam, bełkocąc coś o golfie i głupawo chichocząc, gubiąc dokumenty i zapominając nazwisk, a wygląda tak samo jak wszyscy. Dopiero kiedy zdobywa wysokie stanowisko, nagle zrzuca maskę i objawia się niby demon wśród tłumu wróżek z pantomimy. Wśród przenikliwych okrzyków trwogi wysocy urzędnicy odnajdują istotę zdolną tuż obok siebie. Jest już za późno, żeby można było na to coś poradzić. Stało się, choroba jest w odwrocie i w ciągu następnych dziesięciu lat możliwe jest zupełne wyzdrowienie. Ale te przykłady naturalnej kuracji są niezwykle rzadkie. W normalnym biegu wydarzeń choroba przechodzi przez wymienione, rozpoznane jej stadia i staje się – mogłoby się wydawać – nieuleczalna.

Zobaczyliśmy, na czym ona polega. Pozostaje nam teraz wskazać, na podstawie jakich objawów można wyśledzić jej obecność. Inną rzeczą jest szczegółowy opis szerzenia się infekcji w urojonym przypadku, zaklasyfikowanym od początku, a zupełnie inną – wejście do fabryki, baraków, biura czy zakładu naukowego i rozpoznanie tych objawów na pierwszy rzut oka.

Wszyscy wiemy, w jaki sposób pośrednik sprzedaży nieruchomości krąży wokół pustego domu, jeśli występuje w imieniu nabywcy. To tylko kwestia czasu, kiedy znienacka otworzy szafę lub kopnie w boazerię i krzyknie: „Grzyb!” (Jeśli zaś występuje w imieniu sprzedającego, zgubi klucz od szafy, a będzie zwracał uwagę na widok z okna).

W ten sam sposób badacz zagadnień społecznych może rozpoznać objawy „degrengolitis” nawet w jej początkowym stadium. Zatrzyma się, pociągnie nosem, mądrze pokiwa głową i od razu będzie oczywiste, że on wie. Ale skąd? Po czym poznaje, że „degrengolitis” tu powstała? Jeśli istnieje początkowe źródło infekcji, diagnoza będzie łatwiejsza, może ją jednak postawić nawet wtedy, kiedy rozsadnik choroby jest na urlopie. Jego wpływ można wykryć w atmosferze. Można go wykryć przede wszystkim w pewnych uwagach, które wypowiadają inni, na przykład: „Byłoby błędem, gdybyśmy się porywali na zbyt wiele. Nie możemy współzawodniczyć z Górą. Tutaj, na Dole, wykonujemy pożyteczną pracę, wychodzimy naprzeciw potrzebom kraju. Powinniśmy się tym zadowolić.

Albo: „Nie mamy pretensji, żeby być w pierwszym szeregu. To absurd, w jaki sposób Pracusie mówią o swej pracy, zupełnie tak, jakby należeli do Góry.

Albo wreszcie: „Niektórzy z naszych młodszych urzędników znaleźli się na Górze, jeden czy dwóch przeszło do Pracusiów. Może to najmądrzejsze, co mogli wymyślić. Z radością życzymy im powodzenia. Wymiana personelu jest dobra, chociaż oczywiście tych kilka osób, które przeszły do nas z Góry, sprawiło nam raczej zawód. Możemy liczyć tylko na takich, których tamci wyrzucają.

Ale nie powinniśmy narzekać. Zawsze unikamy tarć, jeśli tylko możemy. I sądzimy, że na swój skromny sposób robimy dobrą robotę”.

Co sugerują te uwagi? Sugerują – albo raczej wyraźnie świadczą, że ustanowiono zbyt niski poziom oczekiwanych osiągnięć. Pragnie się wyłącznie niskiego poziomu, a jeszcze niższy się akceptuje. Wskazówki dawane przez drugorzędnego szefa i adresowane do jego trzeciorzędnych urzędników mówią jedynie o minimum celów i zalecają bezskuteczne środki. Nie wymaga się wyższego poziomu kompetencji, ponieważ skutecznie działająca instytucja wymykałaby się spod kierowniczych możliwości szefa. Nad głównym wejściem złotymi czcionkami wypisano motto: „Zawsze trzeciorzędni”.

Trzeciorzędność stała się podstawą polityki organizacyjnej. Można jednak zaobserwować, że wciąż jeszcze docenia się potrzebę wyższych wymagań. W tym stadium pozostaje cień zażenowania, poczucie niepokoju na samo wspomnienie Góry. Jednakże ani to zażenowanie, ani ów niepokój nie trwają długo. Szybko nadchodzi drugie stadium choroby i to stadium musimy właśnie teraz opisać.

Głównym objawem, po którym można je rozpoznać, jest zadowolenie z siebie. Nakreślono sobie niewielkie zadania i dlatego przeważnie je osiągnięto. Cel umieszczono bliziutko stanowiska strzelniczego, dlatego uzyskano dużą ilość punktów. Dyrektorzy dokonali tego, co zamierzyli. Napełnia ich to niebawem zadowoleniem z samych siebie. Wkrótce zapominają, że niewielkiego trzeba było wysiłku, żeby uzyskać małe wyniki. Widzą tylko to, że im się udało – nie tak jak tym Pracusiom. Stają się coraz bardziej zadowoleni z siebie, a to ich samozadowolenie przejawia się w uwagach takich, jak te: „Szef jest człowiekiem rozsądnym i bardzo mądrym, jeśli go lepiej poznać. Nigdy nie mówi wiele – to nie jego styl – ale rzadko popełnia błędy”. (Te ostatnie słowa można by słusznie zastosować do kogoś, kto w ogóle nic nie robi).

Albo: „My tutaj raczej nie mamy zaufania do wybitnych zdolności. Ci wybitnie zdolni ludzie potrafią być strasznym utrapieniem, przewracają do góry nogami ustalony porządek i proponują wszelkie rodzaje planów, których nigdy jeszcze nie wypróbowano. A my osiągamy znakomite rezultaty za pomocą zwykłego zdrowego rozsądku i pracy zespołowej”.

A w końcu: „Nasza stołówka to coś, z czego naprawdę jesteśmy dumni. Nie mamy pojęcia, w jaki sposób kierownik może wydawać takie dobre obiady po tej cenie. Mamy szczęście”. Ta ostatnia uwaga zostaje wypowiedziana w chwili, kiedy siedzimy przy stole nakrytym brudną ceratą, patrzymy na niejadalną, ohydną papkę na talerzu i dostajemy drgawek na sam widok i zapach tego, co ma być kawą.

W istocie wygląd stołówki ujawnia więcej niż wygląd biura. Tak jak dla pospiesznego sądu o domu prywatnym wystarczy nam obejrzeć WC (aby przekonać się, czy jest w nim zapasowa rolka papieru), tak jak oceniamy hotel po zastawie, tak większą instytucję możemy ocenić na podstawie wyglądu jej stołówki. Jeśli jest utrzymana w kolorze ciemnobrązowym i bladozielonym; jeśli firanki są purpurowe (lub nie ma ich wcale); jeśli nigdzie nie widać kwiatów; jeśli w zupie jest jęczmień (i pływa w niej – lub nie pływa – mucha); jeśli potrawy są spartaczone i spleśniałe; i jeśli mimo to urzędnicy są ze wszystkiego zadowoleni – to cóż, wtedy instytucja znajduje się na bardzo złej drodze. Ponieważ w takim wypadku zadowolenie z siebie doszło do tego punktu, w którym ludzie za to odpowiedzialni nie widzą już różnicy między pożywieniem a paskudztwem. Oto zadowolenie z siebie w formie absolutnej.

W trzecim i ostatnim stadium tej choroby miejsce zadowolenia z siebie zajmuje apatia. Urzędnicy nie przechwalają się swymi osiągnięciami w porównaniu z osiągnięciami innej instytucji. Zapomnieli, że jakakolwiek inna instytucja w ogóle istnieje. Przestali już jadać w stołówce, wolą przynosić ze sobą kanapki i zaśmiecać biurka okruszynami. Na tablicach ogłoszeń wisi zawiadomienie o koncercie, który odbył się cztery lata temu. Na drzwiach biura Mr Browna widnieje tabliczka z napisem „Mr Smith”, a na drzwiach Mr Smitha przyczepiono naklejkę bagażową, na której wyblakłym atramentem wypisano „Mr Robinson”. Wybite okna zreperowano za pomocą kawałków tektury. Jeśli dotknąć kontaktów elektrycznych, doznaje się lekkiego, lecz bolesnego porażenia. Tynk odpada z sufitu, ściany pokryte są plamami. Winda nie działa, a w ustępie nie można spuścić wody. Przez wybite okienko w suficie woda rozpryskuje się, ściekając do podstawionego wiadra, a z suteren dobiega miauczenie wygłodniałego kota.

Ostatnie stadium choroby doprowadziło całą instytucję do stanu załamania. Objawy choroby w tej ostrej formie są tak liczne i wyraźne, że doświadczony badacz może często odkryć je telefonicznie, nie odwiedzając w ogóle zarażonego miejsca. Kiedy mdlejący z nudy głos odpowiada „Heelllou!”, ekspert słyszał już dosyć. Smutno kiwa głową i odkłada słuchawkę. „Trzecia faza, i to nieźle zaawansowana – mruczy do siebie – prawie na pewno beznadziejna”. Zbyt późno już na próbę jakiegokolwiek leczenia. Instytucja jest – praktycznie biorąc – martwa.

Opisaliśmy więc tę chorobę tak, jak się ją widzi od wewnątrz, a następnie od zewnątrz. Znamy jej początki, rozwój, wyniki infekcji, a także objawy, po których poznaje się jej obecność, Brytyjska myśl medyczna rzadko kiedy wychodzi poza tę fazę badań. Skoro chorobę raz zidentyfikowano, nazwano, opisano i wytłumaczono, Brytyjczycy są zwykle już zupełnie zadowoleni i gotowi do badań następnego zagadnienia. Jeśli ich zapytać o sposób leczenia, patrzą ze zdziwieniem i polecają dać zastrzyki penicyliny, a przedtem (lub potem) usunąć pacjentowi wszystkie zęby. Od razu staje się jasne, że ten aspekt problemu ich nie interesuje.

Czy powinniśmy zająć takie samo stanowisko? Czy też, jako uczeni zajmujący się zagadnieniami politycznymi i społecznymi, powinniśmy zastanowić się, czy i co można na to poradzić? Szczegółowa dyskusja nad jakąś możliwą kuracją byłaby z pewnością przedwczesna, lecz bardzo ogólne wskazanie kierunku, w którym można by szukać rozwiązania, byłoby rzeczą pożyteczną. Można by przynajmniej wyłożyć pewne zasady.

Pierwsza z owych zasad brzmi: instytucja dotknięta chorobą nie może sama się zreformować. Wiemy, że istnieją przykłady, iż choroba znika bez leczenia, tak samo jak występuje bez ostrzeżenia; przypadki te jednak są rzadkie, a specjaliści uważają je za nieprawidłowe i niepożądane. Kuracja, jakakolwiek byłaby jej istota, musi przyjść z zewnątrz. Może być rzeczą fizycznie możliwą, żeby pacjent sam sobie usunął wyrostek robaczkowy pod miejscowym znieczuleniem, ale taka praktyka spotkałaby się z niechęcią i szeregiem zastrzeżeń. Inne operacje jeszcze mniej nadają się do tego, żeby pacjent posłużył się własną zręcznością.

Zatem pierwszą zasadą, jaką spokojnie możemy ogłosić, będzie ta, iż pacjent i chirurg nie powinien być tą samą osobą. Kiedy instytucja znajduje się w zaawansowanym stadium choroby, potrzebne są usługi specjalistów, a nawet w pewnych wypadkach usługi największego z żyjących autorytetów, samego Parkinsona. Honorarium, które trzeba by zapłacić, byłoby oczywiście bardzo wysokie, lecz w wypadku tego rodzaju wydatek nie stanowi naturalnie przeszkody. Jest to przecież bądź co bądź sprawa życia i śmierci.

Drugą zasadą, którą możemy wyłożyć, jest ta, że początkowe stadium choroby można leczyć zwykłymi zastrzykami, następne – wymaga w pewnych wypadkach leczenia chirurgicznego, trzecie zaś – należy uznać za nieuleczalne. W swoim czasie lekarze przebąkiwali coś o buteleczkach i pigułkach, ale to sposób przestarzały. W innym okresie mówiono mgliście o psychologii, lecz to także już sprawa przestarzała; od tego czasu większość psychoanalityków uznano za obłąkanych.

Obecna epoka jest epoką zastrzyków i cięć i uczeni zajmujący się polityką powinni dotrzymywać kroku osiągnięciom medycyny. Zetknąwszy się z wypadkiem początkowego zakażenia, automatycznie przygotowujemy strzykawkę i zastanawiamy się jedynie nad tym, co – oprócz wody – powinno się w niej znajdować. W zasadzie zastrzyk powinien zawierać jakąś substancję aktywną – ale z jakiej grupy należy ją wyselekcjonować?

Wstrząsowy zastrzyk powinien zawierać dużą dawkę Nietolerancji, lecz to lekarstwo trudno wyprodukować, a niekiedy okazuje się ono zbyt silne w działaniu. Nietolerancję uzyskuje się z krwi pułkowych sierżantów i powinna ona zawierać dwa składniki chemiczne, a mianowicie:

    1. najlepsze jest zaledwie dość dobre (DD) i
    2. nie ma żadnego usprawiedliwienia (ŻU).

Nietolerancyjne indywiduum wprowadzone do chorej instytucji wywiera skutek wzmacniający i może sprawić, że organizm przeciwstawi się wpływom początkowego źródła infekcji. Jakkolwiek ten sposób leczenia może okazać się bardzo dobry, nie ma zupełnej pewności, że kuracja ta będzie stale działać. Można wątpić, czy substancję zakażającą uda się rzeczywiście usunąć z systemu. Informacje, które mamy, skłaniają nas raczej do wniosku, że tego rodzaju leczenie w pierwszej instancji jest zaledwie środkiem łagodzącym i że choroba, jakkolwiek uśpiona, pozostaje w organizmie. Niektórzy znawcy sądzą, że powtarzanie zastrzyków spowoduje całkowite wyleczenie, inni jednak obawiają się, że może wywołać nowe podrażnienie, niewiele mniej niebezpieczne niż pierwotna choroba. Dlatego nietolerancja jest lekarstwem, które należy stosować ostrożnie.

Istnieje nieco łagodniejsze lekarstwo, zwane Śmiesznością, lecz jego działanie jest niepewne, istota nieustalona, a skutki zbyt mało znane. Mało jest powodów do obaw, żeby zastrzyk śmieszności mógł spowodować jakąś szkodę, lecz nie wiadomo też na pewno, czy kuracja przyniesie pożądany rezultat. Istnieje na ogół zgoda co do tego, że zdegrengolowane indywiduum ma grubą skórę ochronną, uodpornioną na śmieszność. Może się zdarzyć, że śmieszność doprowadzi do izolowania infekcji, ale to wszystko, czego można się było spodziewać, a właściwie nawet więcej, niż się żądało.

Można na koniec zauważyć, że w tego rodzaju przypadkach wypróbowywano także metodę Strofowania (którą również można stosować), i nie bez pewnych wyników. Jednakże tu znowu powstają trudności. Lekarstwo to jest bodźcem działającym natychmiast, lecz może też spowodować rezultat wręcz odwrotny od tego, którego pragną specjaliści. Po chwilowym zrywie aktywności zdegrengolowane indywiduum staje się jeszcze bardziej bierne niż przedtem i równie groźne jak samo źródło zakażenia.

Jeśli więc można w jakikolwiek sposób wykorzystać strofowanie, to niemal wyłącznie jako jeden z elementów preparatu składającego się poza tym z nietolerancji i śmieszności, a może i innych leków, dotychczas nie wypróbowanych. Pozostaje tylko zauważyć, że preparat taki, jak dotąd, nie istnieje.

Sądzimy, że drugie stadium choroby nadaje się do operacji. Wszyscy czytelnicy-fachowcy słyszeli o pracach ogólnie łączonych z nazwiskiem Cutlera Walpole. Operacja dokonana po raz pierwszy przez tego wielkiego chirurga polegała po prostu na usunięciu zakażonych organów i na równoczesnym wprowadzeniu świeżej krwi, przetoczonej z podobnego organizmu.

Czasami operacja ta się udaje. Należy tylko dla porządku dodać, że czasami operacja się nie udaje. Szok może się okazać zbyt wielki dla organizmu. O świeżą krew może być trudno, a nawet jeśli się ją uzyska, może nie udać się zmieszanie jej z krwią już poprzednio krążącą w organizmie. Z drugiej strony ta drastyczna metoda daje niewątpliwie najlepszą szansę zupełnego wyleczenia.

Wydaje się, że w trzecim stadium nic już nie można zrobić. Instytucja jest – w praktyce – całkowicie martwa. Można ożywić ją na nowo, lecz tylko wówczas, jeśli zmieni się jej nazwę, siedzibę i cały sztab pracowników. Ludzie myślący kategoriami ekonomicznymi ulegają pokusie przeniesienia do nowej instytucji części dawnego personelu w imię – na przykład – ciągłości pracy. Lecz taka transfuzja z pewnością okaże się fatalna, a ciągłość jest właśnie tym, czego należy unikać.

Żadnej części dawnej i chorej instytucji nie można uznać za wolną od zakażenia. Nie wolno przenosić z dawnej siedziby ani personelu, ani wyposażenia, ani żadnej tradycji. Po ścisłej kwarantannie musi nastąpić zupełna dezynfekcja. Zakażony personel należy rozesłać (z gorącymi poleceniami) do tych konkurencyjnych instytucji, do których czuje się szczególną wrogość. Całe wyposażenie i wszystkie akta należy zniszczyć bez namysłu. Co do budynków, to najlepiej najpierw wysoko je ubezpieczyć, a następnie podpalić. Dopiero wtedy, gdy pozostaną z nich sczerniałe ruiny, możemy być pewni, że bakcyl choroby został zniszczony.

Advertisements
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „Cytat z Parkinsona, do linkowania

  1. Jerzy M pisze:

    Ladnych pare lat temu odwiedzielm kolege w Kopenhadze. Otoz na podstawie projektu ustawy mial zbadac czy nowa regulacja da sie latwo zaprogarmowac i czy nie wystepuja sprzecznosci z istniejacymi programami systemu panstwa ! To znaczy czy wystarcza istniejace bazy danych i czy ewentualnei trzeba powolac do zycia nowa i jaka baze danych.
    Po rozwazeniu jego uwag i uwag innych osob zangazowanych zmieniono ustawe. Zanim jeszcze zostala ona wprowadzona w zycie juz istnial przetestowany program !!!

  2. Jerzy M pisze:

    Prosze o kontakt Email

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s