Łże jak naoczny świadek

(Dla pamięci: wpis pochodzi ze samoopróżniającego się Hyde Parku w dws.org.pl)

Stare policyjne powiedzenie mówi: „Łże jak naoczny świadek”.

I nie chodzi tutaj o świadome kłamstwo. Gdyby tak było, ustalenie prawdy byłoby proste – wystarczyłby wariograf lub żelazko, by poznać najzupełniej obiektywną prawdę.

Problem polega na tym, że ludzie czasami widzą coś innego od tego, na co patrzą – pozostając przy tym absolutnie pewnymi, że tak nie jest.

I to jest problemem także tych, którzy zajmują się historią.

Pozwoliłem sobie przytoczyć tutaj parę przykładów, ukazujących poglądowo z jaką ostrożnością należy podchodzić do relacji naocznych świadków.

 

Przykład pierwszy – klasyczny.

H. J. Eysenck:

Celem zbadania niedokładności zeznań przeprowadza się zwykle następujący eksperyment. Zbiera się grupę studentów, którym daje się wykład o niedokładności zeznań świadków, a następnie inscenizuje jakieś ekscytujące wydarzenie. Na przykład, w czasie wykładu wpada ktoś z zewnątrz i wyjmuje rewolwer grożąc, że zabije wykładowcę. Zwykle kilku studentów wyprowadza intruza z pokoju. Wykładowca zwraca się wtedy do studentów z prośbą o opisanie incydentu, jaki się właśnie rozegrał. Osobom, które nie uczestniczyły nigdy w tego typu eksperymencie trudno byłoby uwierzyć, jak niedokładne są te relacje. W niektórych opisach rewolwer staje się np. nożem, strzelbą lub kijem, intruz jest w nich kobietą, starym człowiekiem z brodą, Murzynem czy też chorym umysłowo. Świadkowie niemal zupełnie zniekształcają treść jego wypowiedzi i wreszcie liczba studentów, którzy wyprowadzili go z pokoju albo niepomiernie wzrasta, albo też z opisu wynika, że napastnik sam się wycofał.

Jakie można z tego wyciągnąć wnioski? Otóż, po każdym wydarzeniu z udziałem świadków można się spodziewać, że co prawda większość opowie o wydarzeniach w miarę wiernie, ale znajdą się także i tacy, którzy będą opowiadać dziwne historie.

Badacz zestawiając relacje ustali, co się faktycznie stało.

Można być także pewnym, że jeżeli wydarzeniem zainteresuje dziennikarz – to będzie najbardziej zainteresowany tymi, którzy opowiedzą najciekawsze historie.

Czy wysoka ogólna wiarygodność świadka jest gwarancją wierności jego relacji?

Niestety nie.

H. J. Eysenck:

Sir Edmund Hornby był naczelnym sędzią Najwyższego Sądu Konsularnego w Chinach i Japonii. Zgodnie z jego relacją, opublikowaną przez Towarzystwo Badań Parapsychologicznych w r. 1884, pewien reporter odwiedzał go zwykle w godzinach wieczornych, zabierając wyroki sądowe z danego dnia, tak aby można je było opublikować nazajutrz w gazecie. Pewnej nocy Sir Hornby obudził się na skutek pukania do drzwi. Do pokoju wszedł wspomniany reporter, śmiertelnie blady. Zbliżył się do jego łóżka i w sposób uprzejmy, ale zarazem jakby z rozpaczliwym naleganiem żądał od sędziego ustnego resume z przebiegu procesów tego dnia. Sir Edmund uczynił zadość naleganiu dziennikarza, który wkrótce potem opuścił jego dom. Spojrzawszy na zegarek, Sir Edmund stwierdził, że jest wpół do drugiej w nocy. Pani Hornby obudziła się również i mąż opowiedział jej o całym tym wydarzeniu.

Następnego dnia Sir Hornby dowiedział się, że dziennikarz ten umarł tej właśnie nocy. Jeszcze o godzinie 12.45 widziano go, jak pisał, a o wpół do drugiej żona jego stwierdziła, że nie żyje. Obok ciała znaleziono notatnik, w którym zapiski urywały się na tytule do artykułu na temat wyroków. Najprawdopodobniej dziennikarz umarł na atak serca i – jak stwierdzano – nie mógł on wychodzić z domu tej nocy.

Mamy więc mrożącą krew w żyłach historię, opowiedzianą przez wysoce wiarogodnego świadka. Tymczasem, jak się w jakiś czas potem okazało, dziennikarz, o którym mowa, umarł między ósmą a dziewiątą rano, przy czym dzień poprzedzający jego śmierć był dniem, w którym sędzia nie rozpatrywał żadnych spraw w sądzie. Ponadto śmierć jego nastąpiła na trzy miesiące przed ślubem Sir Edmunda Hornby. Słysząc o tych faktach, których prawdziwość była nie do obalenia, Sir Edmund przyznał, że pamięć musiała mu spłatać figla. Nie wydaje się prawdopodobne, by Sir Edmund specjalnie wymyślił taką historię i pozwolił na jej opublikowanie wiedząc, że jest nieprawdziwa i że będzie wokół niej dużo hałasu.

A czy jakieś wydarzenie wraz ze świadkami może powstać w ogóle bez żadnych materialnych faktów?

Niestety, tak – i to całkiem łatwo. Oczywiście, żeby znaleźli się świadkowie – musi to być coś, co będzie dla nich znaczące.

I można zrobić to świadomie.

James Randi:

Wiele lat temu sprawiłem sobie wielką satysfakcję, dowodząc słuchaczom nowojorskiego programu radiowego pod nazwą „The Long John Nebel Show”, że większość ludzi lubi się włączyć do dobrej zabawy, kiedy tylko jest po temu okazja. Razem z Nebelem zaplanowaliśmy wówczas wykonanie pewnego drobnego eksperymentu i kiedy zasiedliśmy obaj w studiu do długiej wieczornej rozmowy o rzeczach dziwnych, które cieszyły się wówczas wielkim powodzeniem, a mianowicie latających spodkach, upewniliśmy się najpierw, że linie telefoniczne radia są wolne i gotowe do akcji. Wkrótce bowiem miał je czekać – według naszych przewidywań – niemały wysiłek. Tak też się stało.

Na początku programu opisałem, zachłystując się słowami i tracąc dech z emocji, jak to nieco wcześniej, niemalże przed chwilą, prowadząc samochód w rejonie Perth Amboy w New Jersey, ujrzałem na niebie ułożoną w klin formację trójkątnych, pomarańczowych obiektów, które poruszały się w kierunku północnym. Powiedziałem też, że nie jestem pewien, czy słyszałem jakieś dźwięki, ponieważ wokół panował zwykły uliczny zgiełk i szum przejeżdżających samochodów. Pulpit telefoniczny rozgłośni rozjarzył się natychmiast jak elektroniczna choinka, a sekretarka Johna Nebela zaczęła zapisywać doniesienia dzwoniących, którzy również byli świadkami tego rzucającego się w oczy zjawiska. Niektórych słuchaczy łączono ze studiem, tak że mogli opowiedzieć swoje wrażenia na falach radiowych. W przeciągu pół godziny udało nam się wspólnie ustalić dokładną liczbę trójkątnych pojazdów, ich prędkość, wysokość lotu i dokładny jego kierunek, a przy okazji dowiedziałem się, że ja sam widziałem tylko jeden przelot UFO, podczas gdy w rzeczywistości było ich kilka!

Kiedy patrzę na to z perspektywy czasu myślę, że niepotrzebnie zepsuliśmy wówczas zabawę i zdradziliśmy tajemnicę po godzinie przyjemnego bajania na antenie. Gdyby nie to, zebrane wówczas doniesienia przedostałyby się niewątpliwie do obszernej literatury na temat „niezidentyfikowanych obiektów latających” i byłyby jednym z nie dających się podważyć faktów, cytowanych przez wszystkich „wierzących”. Stało się jednak, jak się stało, czyli że po godzinie farsy litościwie zakończyliśmy jej żywot, pokazując słuchaczom jak niezwykle łatwo jest stworzyć z niczego w pełni dojrzałą, soczystą bzdurę, która później, w rękach różnych maniaków, utwierdza się i rozrasta do postaci ważkich elementów naszej wiedzy i kultury.

Czy nieistniejące wydarzenie może powstać samorzutnie?

Tak.

Barbara Tuchman:

Wobec nagłego i przeraźliwego uświadomienia sobie, że nieprzyjaciel zwycięża w wojnie, ludzie szukający nadziei uchwycili się plotki, która pojawiła się niespodziewanie w ostatnich dniach i przekształciła się w narodową halucynację. Siedemnastogodzinne opóźnienie pociągu w dniu 27 sierpnia na trasie Liverpool-Londyn wywołało pogłoskę, że zakłócenie to spowodował transport wojsk rosyjskich, które – jak wiadomo – miały wylądować w Szkocji w drodze na front zachodni. Miały one przybyć rzekomo z Archangielska przez Ocean Lodowaty Północny do Norwegii, a stamtąd zwykłym parowcem do Aberdeen, skąd zostały przewiezione specjalnymi pociągami wojskowymi do portów na wybrzeżu Kanału. Każdy, kogo pociąg miał opóźnienie, z miną człowieka, dla którego nie ma tajemnic, przypisywał to „Rosjanom”. W przygnębieniu, jakie zapanowało po korespondencji z Amiens, mówiącej o zastępach niemieckich potężnych jak „morskie fale”, i po wyrażonym w niej apelu o „żołnierzy, żołnierzy i jeszcze raz żołnierzy”, powszechne nadzieje skierowały się podświadomie w stronę niezmierzonych rzesz rosyjskiego wojska. Zjawa, która ukazała się w Szkocji, w miarę rozchodzenia się wieści przyoblekła się w ciało, gromadząc po drodze coraz więcej potwierdzających szczegółów.

Rosjanie tupali nogami na peronie, otrząsając śnieg z butów (w sierpniu!); ktoś znał bagażowego, który na dworcu w Edynburgu zmiatał ten śnieg. „Obce mundury” mignęły w przejeżdżających pociągach wojskowych. Różne krążyły wersje na temat, dokąd się udawali; jedni twierdzili, że jadą przez Harwich na pomoc Antwerpii, inni, że przez Dover dla ratowania Paryża. Dziesięć tysięcy żołnierzy widziano po północy w Londynie, jak maszerowali bulwarem Embankment w drodze do stacji Victoria. Bitwę morską pod Helgolandem wtajemniczeni interpretowali jako dywersję dla zamaskowania transportu Rosjan do Belgii. Najbardziej autorytatywni ludzie widzieli ich lub mieli przyjaciół, którzy ich widzieli. Pewien profesor z Oksfordu miał kolegę, którego zaangażowano do Rosjan jako tłumacza. Szkocki oficer w Edynburgu widział ich w „długich, wesołych w kolorze mundurach i wielkich futrzanych czapach”, niosących łuki i strzały zamiast karabinów i prowadzących własne konie, „zupełnie jak szkockie kucyki, tylko bardziej kościste”. Opis ten pokrywał się dokładnie z wizerunkiem kozaków, tak jak ich rysowano przed stu laty na wczesnych wiktoriańskich mezzotintach. Mieszkaniec Aberdeen, sir Stuart Coats, napisał do swego szwagra w Ameryce, że 125 000 kozaków przemaszerowało przez jego posiadłość w hrabstwie Perth. Pewien angielski oficer zapewniał przyjaciół, że 70 000 Rosjan przeszło przez Anglię ,,w największym sekrecie” na front zachodni. Na początku mówiono o 500 000, potem o 250 000, następnie o 125 000, aż w końcu liczba żołnierzy ustaliła się w granicach od 70 000 do 80 000, co wynosiło tyle samo, ile liczył przewieziony na kontynent BEF. Wieści rozprzestrzeniały się wyłącznie drogą ustną. Na skutek urzędowej cenzury nic nie pojawiło się na ten temat w prasie, z wyjątkiem Stanów Zjednoczonych. Tutaj utrwaliły ten fenomen dla potomności relacje powracających do domu i szalejących z podniecenia z powodu Rosjan Amerykanów, z których większość okrętowała się w Liverpoolu.

Inne kraje neutralne podchwyciły tę wiadomość. Depesze z Amsterdamu donosiły o dużych siłach rosyjskich, śpiesznie przerzucanych do Paryża w celu wzmocnienia jego obrony. W Paryżu ludzie tkwili na dworcach kolejowych w nadziei ujrzenia przejeżdżających kozaków. Przedostawszy się na kontynent pogłoska la zaczęła odgrywać rolę czynnika militarnego; również i w Niemczech, dokąd oczywiście dotarła. Niepokój wobec ewentualności znalezienia się 70 000 Rosjan na tyłach Niemców miał stać się w bitwie nad Marną równie istotnym elementem jak nieobecność 70 000 własnych żołnierzy, których przerzucono na front wschodni. Dopiero po Marnie, a więc 15 września, w prasie brytyjskiej ukazało się oficjalne dementi na temat tej plotki

A teraz o faktach świadomie wymyślonych.

Czy jakieś wydarzenie może zostać w całości wymyślone?

Oczywiście, wystarczy tylko ktoś, kto potrafi napisać sensacyjną książkę i nie ma skrupułów.

Naśladowcy będą cytować książkę, nie interesując się jakimkolwiek sprawdzaniem faktów – bo i po co, rynek czeka. Efektem jest mrowie publikacji, zgodnych ze sobą wzajemnie (bo i powstają przez wzajemne kopiowanie) – i przez to wyglądających nader wiarygodnie.

Na przykład Charles Berlitz i sprawa trójkąta bermudzkiego.

James Randi:

Trójkąt Bermudzki jest obszarem oceanu wyznaczonym przez trzy punkty: Bermudę, Puerto Rico i Miami. Legenda tego obszaru zaczyna się rozwijać od 1945 roku, kiedy to zaginęło w nim bez śladu pięć amerykańskich samolotów wojskowych. W przeciągu kilku lat powstało i utrwaliło się w publiczności przekonanie, że jakaś nieznana siła porywała w tym rejonie samoloty, statki, łodzie i ludzi, ciskając je w jakąś otchłań czy coś w tym rodzaju. Berlitz chłonął to wszystko i zapisywał każdy pojawiający się w prasie przypadek, upiększał go potem, dramatyzował i przygotował te historie do druku. Rezultatem tych zabiegów stała się pierwsza książka Berlitza, która znalazła pięć milionów łatwowiernych nabywców i odpowiednio większą liczbę czytelników, doczekała się tłumaczenia na dwadzieścia języków i przyniosła swemu twórcy przeszło milion dolarów zysku.

Larry Kusche zadał sobie trud weryfikacji, tego co napisał Berlitz.

Kusche wykazał w znakomity sposób, że wielka część tak zwanych dziwów Trójkąta była czystym wymysłem, bez żadnych podstaw i dowodów. Czytamy o statkach, które nie występują w żadnych rejestrach, o samolotach, co do których brakuje jakiegokolwiek potwierdzenia, że kiedykolwiek oderwały się od ziemi; o widmowych załogach i o ludziach, których wypadki są często dobrze udokumentowane i nie zawierają w sobie żadnych niezwykłości.

Jeden z opisanych w książce Kuschego przykładów może posłużyć za ilustrację, jak ostrożnie należy przyjmować to, co zostało ogłoszone jako dowód. Według „trójkątowej” wersji pewnego zdarzenia, które Kusche omawia w książce Trójkąt Bermudzki – zagadka rozwiązana, „Trzydzieści dziewięć osób zniknęło na północ od Trójkąta w czasie lotu na Jamajkę, 2 lutego 1953 roku. Sygnał SOS, który wysłano z pokładu samolotu należącego do British York Transport, urwał się nagle bez wyjaśnienia, a samolot zaginął bez śladu. Nigdy nie znaleziono żadnych jego szczątków”. Tyle wersja, a teraz przyjrzyjmy się faktom.

Prawdą jest, że plan lotu określał Jamajkę jako punkt docelowy, co mogło pozornie łączyć ten przypadek z Trójkątem. Jednakże w momencie zaginięcia samolot znajdował się w drodze z Azorów do Nowej Funlandii w Kanadzie, lecąc wzdłuż szlaku daleko na północny zachód od przerażającego obszaru! Plan lotu przewidywał postój w Nowej Funlandii, a dopiero potem start w kierunku Jamajki. Widzimy więc, że skoro końcowym miejscem lądowania samolotu była Jamajka, krzewiciele legendy nazwali ten lot bez żadnych wyjaśnień „lotem na Jamajkę”. Co więcej, samolot, który zaginął dziewięćset mil na północ od Trójkąta, znalazł się po prostu skromnie „na północ od Trójkąta”. Po co męczyć ludzi cyframi. O pogodzie ani słowa, choć „The New York Times” z 2 lutego donosi o „lodowatym, chłostanym wichurą północnym Atlantyku (…) silnych wiatrach i ulewnych deszczach (…) sile wiatru dochodzącej w porywach do siedemdziesięciu pięciu mil na godzinę”.

Zaginięcie odbywającego lot 401 samolotu Eastern Airlines jest dobrym przykładem Berlitzowych hiperboli i jego pokrętnego pisania. Powiada on, że samolot ten „przepadł w wyniku dezintegracji”. Brzmi to dość przerażająco. W umyśle czytelnika wyłania się obraz płynącego majestatycznie po niebie samolotu, który nagle, bez żadnych powodów, zaczyna się rozpadać w powietrzu na drobne kawałki. Scena dziwna i tajemnicza, godna wykorzystania w filmie. Całe wydarzenie stanie się jednak mniej dziwne, kiedy odkryjemy, że załoga samolotu wyłączyła automatycznego pilota lecąc w nocnych ciemnościach nad nie zaludnionym obszarem Parku Narodowego Everglades na Florydzie, gdzie nie ma żadnych świateł naziemnych ułatwiających orientację, co spowodowało, że piloci nie zauważyli utraty wysokości, dopóki samolot nie grzmotnął o ziemię – i w rezultacie uległ „dezintegracji”.

Berlitz lubi się również cofać w głąb historii: do roku 1492 i do Krzysztofa Kolumba. Pisze on, że Kolumb wspomina w swym dzienniku o „krążącej wokół flagowego okrętu ognistej kuli”. Czyżby? Larry Kusche sięgnął do tego samego źródła i znalazł odpowiedni zapis, w którym Kolumb mówi o „wielkim ognistym płomieniu”, jaki pewnej nocy spadł z nieba w morze. Racjonalnie myśląca osoba wyciągnęłaby z tego podobny wniosek, do jakiego doszedł wielki nawigator, że ognistą kulą był duży meteor. Nie ma wzmianek o powstaniu paniki wśród załogi, co niewątpliwie miałoby miejsce, gdyby obiekt ten rzeczywiście „okrążył okręt flagowy” – fakt wymyślony przez Berlitza od początku do końca. Krążenie wokół statku, a w szczególności wybranie okrętu flagowego, byłoby zjawiskiem bardzo tajemniczym. W rzeczywistości jednak było to całkowicie wytłumaczalne, choć spektakularne i rzadkie zdarzenie.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Historia. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s