Czy energetyka jądrowa jest bezpieczna?

 (Tekst ze starych Problemów (79), szkoda by zniknął)

 

Dyskutanci: prof. dr hab. Stanisław Bitny-Szlachta (Wojskowy Instytut Higieny i Epidemiologii im. gen. Karola Kaczkowskiego), doc. dr hab. Zdzisław Celiński (Instytut Badań Jądrowych), doc. dr hab. Jan Sabliński (Instytut Badań Jądrowych) oraz przedstawiciele redakcji.

 

Redakcja: Energetyka jądrowa, chociaż już istnieje w swoim praktycznym kształcie prawie ćwierć wieku, budzi nadal niepokoje. Te niepokoje moglibyśmy dla celów naszej dyskusji podzielić na dwa rodzaje: ogólnoludzkie i nasze lokalne. Ogólnoludzkie to przede wszystkim bezpieczeństwo reaktorów energetycznych.

Zdaniem niektórych naukowo utytułowanych oponentów energetyki jądrowej, rozwijanie tego rodzaju energetyki jest błędem. Bo – powiadają – po pierwszych poważnych katastrofach reaktorów atomowych ludzie zrozumieją, że nie tędy droga. Przeciwnicy ci uważają, że katastrofy reaktorów są nieuchronne i muszą się zdarzać, może nie u nas, w Europie, lecz w krajach rozwijających się, o znacznie niższym poziomie technicznym.

Ktoś może zastanawiać się, czy chociaż jesteśmy krajem rozwiniętym, możemy stwierdzić z całą pewnością, że u nas taka katastrofa jest niemożliwa? Poza tym, czy rzeczywiście energetyka atomowa jest w Polsce koniecznością, skoro jesteśmy królestwem węgla?

Zdzisław Celiński: Dlaczego chcemy wprowadzać i wprowadzamy w Polsce energetykę jądrową? Z wielu przyczyn. Pierwsza – to sprawa ekonomiki. Już w latach sześćdziesiątych energetyka jądrowa zaczynała być konkurencyjna w stosunku do energetyki konwencjonalnej. Od jesieni roku 1973, kiedy wystąpił kryzys paliwowy, energetyka jądrowa zdecydowanie przeważyła szalę na swoją stronę.

Zatem pierwszą przyczyną, która gra dużą rolę na Zachodzie, są sprawy polityczne. Mianowicie kraje zachodnie chcą się uniezależnić od zagranicznych dostawców ropy, która zwykle pochodzi z krajów tzw. politycznie nieustabilizowanych.

Jest jeszcze jeden powód przemawiający za energetyką jądrową. Niektóre kraje, jak np. Stany Zjednoczone, mają dużo węgla, ale już dziś okazuje się, że nie są one w stanie zwiększyć jego wydobycia tak szybko, żeby pokryć wzrastające zapotrzebowanie na energię. Tą barierą są względy techniczne. Jedynym wyjściem jest rozwój energetyki jądrowej.

Jeżeli chodzi o Polskę, to bym trochę inaczej uszeregował te zagadnienia. Najważniejszą u nas sprawą jest brak wystarczającej ilości paliw. Brzmi to jak paradoks, ale tak jest w rzeczywistości. Z prognozy energetycznej do 2000 roku wynika, że przy maksymalnie możliwym wydobyciu węgla kamiennego i brunatnego powstaje ogromna luka energetyczna: w roku 2000 zabraknie nam w systemie energetycznym dwudziestu paru tysięcy megawatów. I ten niedobór musi być pokryty przez energetykę jądrową. Nie można szybko zwiększyć wydobycia węgla kamiennego. Nowe kopalnie są ogromnie kapitałochłonne i mają długi czas rozruchu – dziesięć lub więcej lat. Druga sprawa to brak ludzi do pracy pod ziemią. A trzecia – to transport węgla. To jest zasadnicza przyczyna rozwijania energetyki jądrowej w naszym kraju.

O kwestii ekonomicznej już mówiliśmy; ważnym powodem jest również ochrona środowiska. Bo co się okazuje? Już w tej chwili w aglomeracji śląskiej i w Warszawie są przekroczone normy zanieczyszczeń. Chodzi głównie o SO2; ilość pyłów zmniejsza się dzięki zastosowaniu bardzo wydajnych filtrów; NO może mniej wchodzić w rachubę, natomiast wobec SO2 nie stosuje się żadnych metod przeciwdziałania, oprócz podwyższenia kominów. To można robić, jeżeli jest jedna elektrownia w okolicy. Ale np. na Śląsku jest zbyt wiele różnych zakładów przemysłowych, które spalają węgiel.

Te przyczyny skłaniają nas do rozwoju energetyki jądrowej. Dodatkowo w warunkach polskich, kiedy węgiel jest cennym źródłem wpływów dewizowych. Inną bardzo ważną sprawą z punktu widzenia gospodarki narodowej jest marnotrawstwo świetnego surowca chemicznego, jakim jest węgiel.

Redakcja: Czy za kilkanaście lub kilkadziesiąt lat nie zagrozi nam kryzys spowodowany wyczerpywaniem się podstawowego paliwa energetycznego – uranu?

Zdzisław Celiński: Uran jest jednym z najbardziej rozpowszechnionych na świecie pierwiastków, niestety jest on bardzo rozproszony. Tak się składa, że dużo uranu jest w krajach rozwiniętych, nie uzależniają się więc one od krajów nieustabilizowanych politycznie, tak jak w przypadku ropy.

Redakcja. A Francja, RFN? Przecież te kraje importują uran właśnie z krajów rozwijających się?

Zdzisław Celiński: Francja ma dużo własnego uranu, jednak w znacznym zakresie korzysta z uranu Nigerii i Gabonu, oszczędzając własne surowce. Z zasobami uranu nie jest źle. Różne prognozy mówią o kilkudziesięciu latach, na które powinno go wystarczyć, ale szacowane zasoby są uzależnione od ceny wydobycia. Wraz ze wzrostem ceny wydobycia uranu, rosną również jego szacowane zasoby. Być może, kiedyś cena uranu dojdzie do takiej wysokości, że będzie opłacało się wydobywać go z wody morskiej. A wtedy to są już ogromne zasoby, co prawda bardzo rozcieńczone, ale ogromne. Liczymy się z tym, że na uranie-235 energetyka jądrowa będzie pracować 20-30 lat. A później przejdzie na tzw. reaktory powielające, które zwiększą bazę paliwową na całe stulecia. Wtedy możemy spokojnie prowadzić badania nad energią termojądrową.

Redakcja: Wróćmy może do sprawy bezpieczeństwa reaktorów jądrowych.

Zdzisław Celiński: Elektrownia jądrowa w normalnej eksploatacji absolutnie nie zagraża otoczeniu. Jest bezpieczna. Według pomiarów amerykańskich, średnia dawka, jaką otrzymuje mieszkaniec USA, wynosi około 180 miliremów, w tym od tła naturalnego promieniowania 100, od opadu promieniotwórczego wywołanego wybuchami jądrowymi 4, a od elektrowni jądrowych 0,003, czyli w stosunku do tła – pomijalnie mało. Rozproszone w pyłach z elektrowni konwencjonalnych naturalne izotopy promieniotwórcze dają większą dawkę promieniowania niż elektrownie jądrowe. Byłem niedawno na konferencji w Hanowerze, gdzie jeden z instytutów wykazał, że energetyka konwencjonalna w niektórych przypadkach (w zależności od rodzaju spalanego węgla) emituje do atmosfery 100 razy więcej radioizotopów niż jądrowa. Oczywiście nie ma podstaw do niepokoju, bo i tak są to dawki znacznie poniżej dopuszczalnych norm. Chodzi tylko o porównanie. Jeden z mówców w Hanowerze stwierdził, że całe szczęście dla energetyki klasycznej, że nie podlega ona takim przepisom o ochronie radiologicznej jak energetyka jądrowa, bo wówczas zabroniono by budowy elektrowni konwencjonalnych.

Międzynarodowa Agencja Atomowa podaje statystyki wypadków w różnego rodzaju zakładach atomowych. W ciągu całej blisko 25-letniej historii energetyki jądrowej w elektrowniach jądrowych nie było ani jednego wypadku śmiertelnego wywołanego promieniowaniem radioaktywnym. A przecież w tej chwili pracuje na świecie 220 elektrowni jądrowych o łącznej mocy 112 000 MW. Gdyby zsumować ich czas pracy, przekroczyłby on 1500 lat.

Redakcja: Zdarza się jednak, że przeciwko elektrowniom jądrowym protestują także fizycy, którzy powinni przecież znać te sprawy. A mimo to protestują?

Jan Sabliński: O bardzo nielicznych protestujących fizykach wolałbym nie mówić. A poza tym sprawa jest bardzo prosta. Moim zdaniem, na wszystkim, co wiąże się ze stosowaniem energii jądrowej czy też technik jądrowych i atomowych, ciąży to, co my nazywamy kompleksem Hiroszimy i Nagasaki. Wybuchy bomb atomowych skojarzyły się w umysłach ludzkich z zastosowaniem energii atomowej. I dlatego reaktor atomowy w umyśle niejednego człowieka kojarzy się z bombą atomową, która jest wprawdzie zamknięta w ścianach betonowych, ale w każdej chwili może wybuchnąć. To jest oczywista nieprawda, o czym – mam nadzieję – powie doc. Celiński.

Zdzisław Celiński: W rdzeniu reaktora znajduje się ilość uranu-235 czy plutonu, która by wystarczyła na zbudowanie bomby. Ale wybuch jest fizycznie niemożliwy z uwagi na konfigurację rozmieszczenia paliwa. Jeżeli mówimy o awarii reaktora i niebezpieczeństwie z tym związanym, to mówimy wyłącznie o energii, która polega na tym, że część substancji radioaktywnej w sposób niekontrolowany wydobędzie się na zewnątrz reaktora, skazi okolicę i zagrozi okolicznej ludności. To jest jedyne zresztą bardzo poważne niebezpieczeństwo.

Redakcja: Co się stanie, jeśli na przykład nie zadziałają pręty wyłączające?

Zdzisław Celiński: Reaktory wodne mają tzw. ujemny współczynnik temperaturowy reaktywności, to znaczy im temperatura rdzenia jest wyższa, tym straty neutronów są większe, i zmniejsza się intensywność reakcji. Czyli gdyby nawet zawiodły jakieś elementy sterujące, to reaktor sam się ustali na jakimś poziomie mocy. Dlatego nie ma żadnego niebezpieczeństwa.

Redakcja: A gdyby nie było w ogóle dopływu energii elektrycznej, jak to się zdarzyło na przykład w Nowym Jorku?

Zdzisław Celiński: Też nie ma absolutnie żadnego niebezpieczeństwa. Są dublujące systemy zabezpieczające, zasilane z baterii i prądnic uruchamianych przez silniki spalinowe.

Redakcja: Jeżeli pan mówi o systemach bezpieczeństwa, to znaczy, że niebezpieczeństwo istnieje?

Zdzisław Celiński: Oczywiście. Przecież wszyscy zdajemy sobie sprawę, że w rdzeniu reaktora jest zgromadzona ogromna ilość produktów rozszczepiania. Po roku pracy w reaktorze 1000 MW aktywność ich jest rzędu 1016 curie. Niebezpieczeństwo istnieje, ale po to tworzy się te wszystkie systemy zabezpieczające, żeby je zniwelować praktycznie do zera.

Redakcja: Niebezpieczeństwem są jeszcze odpady, które stanowią poważne zagrożenie dla otoczenia.

Jan Sabliński: Sprawa odpadów jest praktycznie rozwiązana. Na przykład zestala się je zatapiając w szkle. Taka zeszkliwiona kapsułka niewielkich rozmiarów zawiera odpady radioaktywne powstające przy produkcji energii wystarczającej na zaspokojenie rocznego zapotrzebowania jednego człowieka. Takie kapsułki z odpadami można magazynować bezpiecznie w zużytych kopalniach soli czy w innych nieczynnych złożach geologicznych.

Mnie osobiście zadziwia co innego w protestach przeciwko rozwojowi energetyki jądrowej. O kompleksie Hiroszimy i Nagasaki już mówiliśmy. Zapomina się jednak o tym, że promieniowanie jądrowe jest czynnikiem środowiska, z którym ludzkość w pewnych niewielkich dawkach styka się od początku swego istnienia. I kto wie, czy promieniowanie nie było jednym z czynników stymulujących rozwój życia na Ziemi? Wszystkie organizmy żywe, a nawet znacznie wcześniej, wszelkie cząsteczki – prekursory życia, powstawały przy oddziaływaniu promieniowania jonizującego. I dlatego zapewne organizmy żywe mają możliwości usuwania uszkodzeń popromiennych, oczywiście do pewnych granic.

Krótko mówiąc, ludzkość protestuje przeciwko czynnikowi, który od zarania dziejów działa na nią i na cały świat organizmów żywych, protestuje znacznie ostrzej i znacznie bardziej kategorycznie niż przeciwko np. samochodom, które są przyczyną ogromnej liczby śmiertelnych wypadków i zanieczyszczenia atmosfery. Cała chemizacja polega na wprowadzaniu wielu zupełnie nowych związków do środowiska. I na to ludzie godzą się. Natomiast promieniowanie, które jest czynnikiem działającym od początku istnienia życia na Ziemi jest atakowane szczególnie ostro.

Stanisław Bitny-Szlachta: Ponieważ skutki działania na człowieka bardzo małych dawek są nie do wykrycia, natomiast znane są skutki działania dużych dawek, wobec czego „protestanci” powiadają: jeżeli dawka 200 rentgenów powoduje pewną liczbę białaczek u myszy, to dawka 2 rentgeny spowoduje proporcjonalnie mniej. Z tego biorą się różne spekulacje. Skutki genetyczne, którymi tak się straszy, są – jeżeli chodzi o ludzi – nie udowodnione. Wszystko, co wiemy, pochodzi z doświadczeń na zwierzętach.

Zdzisław Celiński: No nie, przepraszam, przecież są prowadzone także badania populacji ludzkich. Po wybuchach w Hiroszimie i Nagasaki przeżyło około 120 tysięcy ludzi napromieniowanych dość dużymi dawkami.

Jan Sabliński: Tak, ale do tej pory u potomstwa tych ludzi nie stwierdzono żadnych skutków genetycznych zależnych od działania promieniowania. Co nie znaczy, że nie ma ich lub nie będzie w następnych pokoleniach. Rodziły się dzieci z wadami, ale wtedy, gdy płód został napromieniowany w łonie matki. O skutkach bardzo małych dawek promieniowania wiemy jedynie na podstawie masowych badań robionych w USA, Szwecji oraz Anglii. Badano dzieci urodzone przez matki, które w czasie ciąży były poddawane badaniom rentgenologicznym, to znaczy zarodki lub płody dostawały dawki rzędu pojedynczych rentgenów. I tutaj okazało się, że częstość występowania białaczki u tych dzieci jest o 40% większa niż w populacji kontrolnej, nie napromieniowanej.

Rozwój atomistyki dla celów pokojowych do tej pory spowodował zagrożenia zdrowia ludzkości. Jeszcze chcę panom powiedzieć, że naturalne tło promieniowania, wynoszące około 120 miliremów w naszej szerokości geograficznej, w pewnych rejonach innych obszarów świata – w Indiach, w Brazylii – sięga 1000 i więcej miliremów. Robiono tam badania częstości występowania chorób dziedzicznych, nowotworów i nie stwierdzono żadnego wzrostu zachorowalności.

Stanisław Bitny-Szlachta: Porównywaliśmy dawki promieniowania z elektrowni węglowej i jądrowej. Bardzo niekorzystnie wypadły tu elektrownie konwencjonalne. Zgadzam się. Musimy tu uwzględnić również skład izotopowy, z jakich pierwiastków pochodzą te mikroremy, bo od tego może zależeć efekt biologiczny. Na przykład jod gromadzi się w tarczycy, toteż jesteśmy uczuleni na skażenie środowiska jodem-131. Zatem gdy mówimy o dawkach, musimy również wiedzieć, co jest ich źródłem. Dopiero wtedy można będzie wydać obiektywny sąd. To jest jedno. Drugie to sprawa odpadów. Jeśli nawet będą one zeszklone, to i tak stanowić będą składnik promieniotwórczy w środowisku. Jakie są w Polsce możliwości gromadzenia odpadów? Być może z tymi 440 MW damy sobie radę, ale jeżeli ich będzie już 40 tysięcy, problem będzie znacznie trudniejszy do rozwiązania.

Zdzisław Celiński: Jeżeli te odpady zostaną skoncentrowane do małych objętości, zeszklone i zapakowane gdzieś do kopalni soli na głębokość kilkuset metrów, to praktycznie nie będą miały żadnego wpływu. Odpady dzieli się na trzy kategorie: niskoaktywne, średnioaktywne i wysokoaktywne. W tej chwili w Polsce mamy tylko nisko i średnioaktywne. To są odpady prawie wyłącznie z produkcji izotopów. Bo reaktory wprowadzają bardzo niewielkie ilości, to są małe aktywności i nie ma z tym problemu. Natomiast problemy zaczynają się, jeżeli dochodzi do odpadów wysokoaktywnych. A odpady wysokoaktywne powstają wyłącznie przy przerobie paliwa, Tak więc nas ta sprawa nie dotyczy jeszcze co najmniej przez kilkanaście lat.

Stanisław Bitny-Szlachta: Panie docencie spontaniczność zachorowania na białaczkę w Polsce wynosi 10-6. A w przeliczeniu na jeden rentgen?

Jan Sabliński: Tego nie przeliczam, po jednym rentgenie nie spodziewam się rozwoju białaczki. Moim zdaniem, gdyby przepisy bezpieczeństwa i ochrony w innych przemysłach i w innych dziedzinach działalności człowieka były tak rygorystyczne jak w dziedzinie jądrowej, życie byłoby naprawdę bardzo trudne. Rygory zaostrza się z roku na rok. Przykładowo – przepisy dopuszczają pół rentgena a właściwie rema, w skali rocznej na narządy rozrodcze i szpik, czyli na najbardziej krytyczne narządy. A ja nie znam i chyba nie ma dowodu na to, że w granicach dawek poniżej 10, a nawet 20 remów u zwierząt doświadczalnych, np. u myszy, których miliony padły w radiologicznych badaniach, występują jakiekolwiek skutki genetyczne bądź nowotworowe. Inaczej mówiąc, kwestia istnienia progów, tzn. takich wielkości dawek, poniżej których nie ma skutku czy też ekstrapolacji zależności: dawka – skutek do zera jest kwestią nie rozstrzygniętą. I na tym polega kłopot, bo bylibyśmy bardzo zadowoleni, gdybyśmy mogli udowodnić, że ten bezpieczny próg istnieje. Tego niestety chyba -nigdy nie udowodnimy. Zilustruję to na przykładzie: Na 200 tysięcy napromieniowanych bardzo małymi dawkami myszy różnica zachorowalności między grupą kontrolną i badaną jest tak znikoma, że mieści się w granicach błędu. I na tym polega trudność wnioskowania. Dla celów ochrony radiologicznej przyjęto pesymistycznie, że nie ma progu, że każda, nawet najmniejsza dawka promieniowania jest szkodliwa i stąd biorą się opinie, że skoro 1000 rentgenów rocznie daje pięć białaczek, to na 1 rentgen na rok przypada np. 0,05 przypadku białaczki. Ja osobiście w to nie wierzę, między innymi dlatego, że są pewne naturalne mechanizmy naprawy, tzn. działa cały zespół enzymów w komórkach, który może naprawić niewielkie uszkodzenie popromienne.

Stanisław Bitny-Szlachta: Uruchomienie enzymów naprawczych może prowadzić do błędu. Z chwilą kiedy uruchamia się naprawę popromienną, stwarza się możliwość przemycenia błędów w genomie. I teraz jeżeli ten błąd będzie dotyczyć żywotności następnych pokoleń, to ta populacja, ten klon sam się wyeliminuje, bo jest upośledzony; ale jeżeli będzie zachowana zdolność proliferacyjna, a uszkodzenie będzie inne, może zapoczątkować klon rakotwórczy.

Jan Sabliński: Mówiąc o energetyce cały czas mówimy, co by było gdyby, bo na te 120 miliremów otrzymywanych z tła od energetyki jądrowej pochodzi niewielki ułamek procentu. Natomiast są inne źródła, np. prześwietlenia rentgenowskie, dające wyższe napromieniowanie. I żaden człowiek, jeżeli będzie musiał prześwietlić sobie zęby, nie będzie się liczył z tym, że szansa zachorowania na białaczkę zwiększa się w naszym kraju powiedzmy z 4-10-6 do 4,005-10-6 bo to praktycznie można zaniedbać. Jeszcze raz podkreślam, że nie ma dowodów, że mała dawka powoduje skutki genetyczne u ludzi. Natomiast jeżeli chodzi o późne skutki somatyczne, jak np. zwiększenia częstotliwości chorób nowotworowych, wszystkie dowody (z wyjątkiem napromieniowania płodów), że promieniowanie jonizujące zwiększa częstość tych zachorowań, łącznie z białaczką, pochodzą z badania populacji ludzkich, które otrzymywały dawki powyżej 50 rentgenów na szpik kostny, co dziesięciokrotnie przewyższa narażenie zawodowe przyjęte dla pracowników m.in. w IBJ, w którym od chwili powstania, tj. od 23 lat, żaden pracownik takiej dawki nie otrzymał.

Redakcja: Dobrze, a skąd się wzięły dawki powyżej 50?

Zdzisław Celiński: Właśnie dzięki rozwojowi rozwiniętych urządzeń atomowych zdarzają się przypadki poważnego czy nawet śmiertelnego napromieniowania, ale to nie ma nic wspólnego z energetyką jądrową.

Jan Sabliński: Skąd pochodziły te duże dawki promieniowania pochłonięte przez ludzi? Jeżeli chodzi o choroby nowotworowe, najpierw występował rak skóry u pionierów radiologii. Przed 70, a nawet 30 laty nie było odpowiednich osłon ani dozymetrii, ani odpowiednich przepisów ochrony. Skóra dłoni tych ludzi otrzymywała tysiące rentgenów. Na początku bieżącego stulecia w kopalniach uranu zaczynali chorować na raka oskrzeli po pochłonięciu dawek rzędu setek rentgenów; chorowały na raka również dziewczęta, które malowały cyferblaty świecącymi farbami – zwilżając pędzelek w ustach, połykały pierwiastki kościolubne, a z nimi setki rentgenów działających na szpik kostny. Potem, ja to jeszcze pamiętam, promieniowanie rentgenowskie stosowało się w leczeniu różnego rodzaju stanów zapalnych, np. tarczycy, i to dawało dawki promieniowania rzędu setek rentgenów. Stąd zwiększona częstotliwość nowotworów złośliwych u tych ludzi.

Wreszcie choroba o dźwięcznej nazwie łacińskiej Spondylitis ankylopoetica, a jest to zniekształcające zapalenie stawu kręgosłupa, dość częste w Anglii, które leczone było i jeszcze jest naświetlaniem kręgosłupa promieniami Roentgena. Przy okazji szpik kostny otrzymał dawki rzędu setek rentgenów. Stwierdzono, że u ludzi tak leczonych częstotliwość zachorowań na białaczkę jest kilkanaście razy większa niż w grupie kontrolnej. Jednak dawki na szpik kostny wynoszą z reguły powyżej 200 rentgenów, czyli tyle, ile można otrzymać tylko w przypadku wybuchu bomby atomowej lub awarii. Wreszcie w Hiroszimie i Nagasaki zarejestrowano od 1951 roku 68 wypadków śmierci z powodu białaczki u ludzi, którzy w czasie wybuchu dostali dawki rzędu powyżej 200 rentgenów na szpik kostny.

Stanisław Bitny-Szlachta: Chciałbym wyjaśnić – po 200 rentgenach następuje bardzo nasilona regeneracja szpiku kostnego. To jest dawka, która wywołuje bardzo duże uszkodzenia, ale które układ krwiotwórczy potrafi jeszcze naprawić.

Jan Sabliński: Krótko mówiąc, to są wszystko dawki o setki tysięcy większe od tych, które uznano za dopuszczalne w przepisach ochrony radiologicznej. Wszystko co do tej pory powiedziałem nie ma nic wspólnego z bezawaryjną pracą zakładów atomowych i reaktorów jądrowych. Istnieje gruba księga Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej, w której są podsumowane wszystkie wypadki, jakie zaszły w zakładach atomowych od 1945 roku. To są dane z lat 1945-75. Na całym świecie zarejestrowano w zakładach atomowych 28 śmiertelnych wypadków, w tym dwa samobójstwa, czyli świadome wejście w pole promieniowania. W Jugosławii i w Kanadzie wypadki były skutkiem przekroczenia stanu krytycznego. We wszystkich wypadkach śmiertelnych ludzie otrzymali dawki powyżej 800 rentgenów, a czasem bardzo duże – kilkanaście tysięcy rentgenów. Są to dane z okresu 30 lat na całym świecie. Nie znamy ogólnej liczby zatrudnionych w zakładach atomowych na całym świecie, ale możemy sobie wyobrazić, że jest ich wiele setek tysięcy. Ani jednego poważnego wypadku nie było w elektrowniach jądrowych, przy czym te śmiertelne, z wyjątkiem Jugosławii i Kanady, nastąpiły wyraźnie z winy ludzi. Natomiast rejestrowanych przypadków wymagających hospitalizacji było w ciągu tych 30 lat około 200.

Podsumowując panie profesorze, w dalszym ciągu twierdzę, że nie mamy żadnego dowodu, że bardzo małe dawki promieniowania – te, które wchodzą w grę przy pokojowym wykorzystaniu energii jądrowej – zwiększają u ludzi częstość występowania chorób nowotworowych bądź dziedzicznych.

Wszystko byłoby znacznie prostsze do sprawdzenia gdyby – to jest szczęście w nieszczęściu – promieniowanie jonizujące powodowało jakikolwiek skutek u ludzi będący tylko i wyłącznie wynikiem działania promieniowania – coś jakościowo innego. Ale tego nie zaobserwowano. Bo promieniowanie wywołuje, albo zwiększa częstość choroby nowotworowej bądź skutków genetycznych, które spontanicznie i niezależnie też występują. To znaczy każdy ma pewną szansę zachorowania na nowotwór złośliwy, nawet jeśli nie pracuje w IBJ czy elektrowni jądrowej.

Mogę panom powiedzieć jako anegdotkę, że pracownicy zakładów atomowych wytaczają niekiedy pracodawcy procesy niezależnie od tego, na co zachorują. Czy to będzie cukrzyca, czy strzykanie w kolanie, idą do lekarza, który wiedząc, gdzie chory pracuje, opiniują: nie mogę stwierdzić, że choroba nie jest związana z miejscem pracy. I to czasem stanowi podstawę do przyznania odszkodowania.

Redakcja: Czy nie widzą panowie niebezpieczeństwa w tym, że koncentracja energii jądrowej spowoduje jeszcze większe nierówności w zakresie dystrybucji źródeł energii niż w przypadku ropy naftowej? Ta energia będzie praktycznie skoncentrowana w bardzo niewielu ośrodkach państw rozwiniętych, co jeszcze pogłębi nierówności między nimi a krajami rozwijającymi się.

Zdzisław Celiński: To już jest problem polityczny. Muszę powiedzieć, że nie jest prawdą, iż wytwarzanie energii musi być skoncentrowane. Wręcz przeciwnie. Dotychczas szło się w kierunku produkowania reaktorów o coraz większej mocy, bo one są bardziej ekonomiczne. Natomiast ostatnio, m.in. na konferencji w Salzburgu, kraje rozwijające się dopominały się wyprodukowania typowego reaktora małej mocy. Bo dla nich tysiąc megawatów to za dużo. Jeżeli system energetyczny kraju ma 2000 czy 3000 MW, nie można postawić bloku o mocy 1000 MW, bo jeśli wypadnie on z eksploatacji, to cały system załamuje się. Maksymalna jednostka powinna mieć nie więcej niż 10% mocy systemu, czyli w krajach rozwijających się 1000 MW to za dużo. Żądają one reaktorów rzędu 200-300 MW.

To nie jest prawda, że istnieje powszechne dążenie do koncentracji energetyki jądrowej. Oczywiście, były koncepcje, bodajże na konferencji w Salzburgu, żeby tworzyć tzw. parki atomowe, czyli skoncentrowanych w jednym rejonie kilka elektrowni tysiącmegawatowych, od razu postawić tam zakłady przerobu paliwa, skupić cały przemysł atomowy. Nie wydaje mi się, żeby to było uzasadnione, m.in. dlatego, że bardzo podraża koszty przemysłu energii i stwarza poważne problemy w zakresie ochrony środowiska.

Redakcja: Określmy to może precyzyjnie. Mamy teraz kryzys energetyczny wynikający głównie z tego, że jedni mają ropę naftową, a drudzy jej nie mają. Ci, co mają, mogą już w tej chwili stosować presje i rozmaitego rodzaju szantaże. Akurat tak się złożyło, że to są w dużej mierze kraje rozwijające się Trzeciego Świata. Czy panowie nie obawiają się, że energia jądrowa nie tylko nie poprawi tej sytuacji, lecz utrwali i pogłębi istniejące różnice?

Zdzisław Celiński: Nie. Nie uważam. Mogłoby tak być, gdybyśmy postawili zaporę przed rozprzestrzenieniem się technologii jądrowych. W tej chwili obserwuję się takie tendencje ze strony Stanów Zjednoczonych. Chodzi im zresztą głównie o nierozprzestrzenienie broni atomowej. Gdyby rzeczywiście taką zaporę postawić i powiedzieć : nie eksportujemy w ogóle, nie sprzedajemy krajom Trzeciego Świata energetyki jądrowej, mogłoby być tak, jak panowie mówią. Chociaż nie wiem, czy byłyby w gorszej sytuacji, bo przy rozwiniętej energetyce jądrowej zwalnia się pewne ilości ropy, a więc i ropa musiałaby potanieć.

Redakcja: Poruszył pan sprawę, która jeszcze w tej dyskusji nie wypłynęła, mianowicie związku pomiędzy sprawą rozprzestrzeniania technologii jądrowej a rozprzestrzenianiem broni jądrowej.

Zdzisław Celiński: Moim zdaniem nie można negować oczywistego faktu, że będziemy rozprzestrzeniać technologie jądrowe i elektrownie i coraz więcej ludzi będziemy kształcić w tym kierunku, niewątpliwie stworzą się ośrodki naukowe i grupy ludzi w krajach, które dzięki temu będą bliżej broni jądrowej. Czy Chiny mają elektrownię jądrową? W żadnych publikacjach tego nie podają. Moim zdaniem – nie. A bombę mają. Bombę na pewno mają z reaktorów produkujących pluton.

Redakcja: Wiadomo z doniesień prasowych, że pracuje się nad takimi technologiami przerobu paliwa jądrowego, które w pewnym sensie uniemożliwiają wykorzystanie reaktora jądrowego do takich celów. Myślę o francuskim sposobie wzbogacania. Czy to jest możliwe?

Zdzisław Celiński: W tej chwili Stany Zjednoczone reprezentują pogląd, żeby przejść raczej na cykl torowy i wtedy nie ma tego niebezpieczeństwa. I właśnie wszystkie poczynania Stanów Zjednoczonych, Cartera idą w tej chwili w tym kierunku, żeby nie rozpowszechniać tych elementów technologii jądrowych, które mogą przybliżać innym krajom broń jądrową.

Redakcja: Na Zachodzie ciągle się powtarza, że dobrze zorganizowana mafia gangsterska może wykraść materiał rozszczepialny i zrobić z niego użytek.

Zdzisław Celiński: Przecież w tej chwili jest cała masa różnych bardzo niebezpiecznych materiałów, które terroryści również mogą ukraść, choćby z fabryki cyjanku potasu. Nie chciałbym wydawać recept dla terrorystów, ale – moim zdaniem – terroryści nie muszą czekać na rozwój energetyki jądrowej. Znacznie łatwiej mogą osiągnąć swoje cele kradnąc np. jakiś silnie trujący związek chemiczny czy gaz bojowy. Ukraść pluton jest znacznie trudniej. Jak można ukraść pluton? Przecież sam złodziej zginie. Nawet nie mówiąc o wszystkich środkach zabezpieczających, które się stosuje. Transportery i pojemniki do tego celu są bardzo ciężkie, potrzebne są dźwigi. Trzeba zorganizować całe ekipy ludzi do przetransportowania materiału radioaktywnego, żeby nie był on niebezpieczny dla tych, którzy go transportują.

Jan Sabliński: Owszem, były kradzieże nieświadome. Kiedyś w Polsce, potem w Brazylii ktoś ukradł bodajże dwa źródła irydowe. Ten z Brazylii został z trudem uratowany, ale nie ma obydwu nóg.

Redakcja: A czy panowie nie są zaniepokojeni inną sprawą; przecież będzie coraz więcej różnych urządzeń opartych na technice jądrowej. Ludzie najpierw się bardzo boją, a potem przyzwyczajają. Czy to nie spowoduje rozluźnienia dyscypliny w obchodzeniu się z tymi urządzeniami?

Jan Sabliński: To jest zagadnienie psychologiczne. Taki problem mamy u siebie. Ludzie, którzy pracują wiele lat przy urządzeniach jądrowych są tak z nimi obyci, że należy ich szczególnie pilnować, ażeby zachowywali ostrożność i przestrzegali przepisów. Dotychczasowa historia rozwoju ochrony radiologicznej wskazuje, że z każdym rokiem rygory zaostrzają się. Dopóki nie powstało Towarzystwo Ochrony Radiologicznej, międzynarodowa dopuszczalna dawka wynosiła dziesiątki rentgenów rocznie dla człowieka. W tej chwili dla narażania zawodowego jest 5 rentgenów (remów) w skali roku, dla populacji – 0,5 rema i są już naciski na jej obniżenie. Zaostrza się kryteria bezpieczeństwa dotyczące tego, co jest uwalniane z reaktorów. Nawet w pewnym momencie groziło to nieopłacalnością pracy reaktorów. Te rygory dotyczą głównie atomistyki, chociaż, np. w przemyśle chemicznym jest znacznie więcej niebezpiecznych dziedzin, a przepisy są tu znacznie łagodniejsze.

Zdzisław Celiński: Energetyka jądrowa jest jedyną dziedziną techniki, która od początku swego istnienia została obwarowana bardzo ostrymi przepisami w zakresie ochrony przed promieniowaniem. Jest to chyba jedyny przypadek, kiedy zagadnienia ochrony zdrowia wyprzedzały technikę. W każdej innej dziedzinie zwykle było tak, że najpierw dochodziło do wypadku, nieraz śmiertelnego, i dopiero później stopniowo rozbudowywano systemy bezpieczeństwa, zaostrzano przepisy. W technice reaktorowej jest odwrotnie. Od początku narzucono bardzo ostre rygory. Dzisiaj, po latach doświadczeń, okazuje się, że niektóre zaostrzono za bardzo. Tak było np. z lokalizacją reaktorów badawczych w latach pięćdziesiątych, kiedy wyrzucono je gdzieś 50 km za miasto. A już w latach sześćdziesiątych buduje się w odległości 5-10 km od miast, a obecnie małe ciepłownicze reaktory chce się lokalizować w samych miastach. Jest to zupełnie bezpieczne.

Redakcja: Nasze wątpliwości wiązały się z tym, że jak będzie „masówka”, pracownicy obsługujący urządzenia rozmaitego typu – umyślnie tu mówię nie tylko o elektrowniach jądrowych, mogą lekceważyć względy bezpieczeństwa.

Jan Sabliński: Potrafimy wykryć pracownika, który nie przestrzega przepisów ochrony radiologicznej. Umożliwiają to przyrządy, ale nie tylko, bo zdarza się, że pracownik nie nosi np. radiometru. Na to jednak też mamy sposoby: możemy mu pobrać krew i zobaczymy, czy był napromieniowany, czy nie. Możemy sprawdzić, czy w jego moczu są pierwiastki radioaktywne; i robimy to. Jeżeli pracownik z uporem lekceważy wymogi bezpieczeństwa, zostaje na zawsze odsunięty od tej pracy. Jest to stosowane i u nas, i na całym świecie.

Redakcja: Ale jak przejdziemy na „masówkę”, będziemy musieli pogodzić się z faktem, że niektórzy ludzie nie przestrzegają przepisów? Jeżeli będzie coraz więcej urządzeń, trzeba się liczyć, że będą wypadki. To jest sprawa prawdopodobieństwa.

Jan Sabliński: Chwileczkę, pan redaktor nie mówi o wypadkach, pan mówi o rozluźnieniu, o tym, że ludzie zaczną nosić izotopy w kieszeniach. Bezwzględna liczba wypadków samochodowych na pewno rośnie w miarę zwiększania liczby samochodów. Ale twierdzę, że przepisy kodeksu drogowego również się zaostrza; tak samo w miarę rozwoju przemysłu jądrowego będą się zaostrzały przepisy dotyczące go.

Redakcja: Ale przyzna pan, że w miarę zwiększania liczby samochodów jest coraz więcej złych kierowców. Mówił pan o kontrolowaniu pracowników, ja sobie pozwolę przejść na inny grunt, na grunt społeczny. Chcę zasugerować, że poza zagrożeniem technicznym istnieje jeszcze daleko sięgające zagrożenie społeczne. Człowiek nie jest maszyną; nie zawsze jest dokładny, czasem nie przestrzega przepisów, niekiedy zapomina się, bywa niedysponowany. Można dodać, że pewna część populacji – psychopaci, chcą nawet świadomie spowodować dużą eksplozję. Pojawia się zatem problem sprawnej selekcji i kontroli ludzi mających do czynienia z energią atomową. I wreszcie sprawa najważniejsza – siłownie atomowe stanowią punkt newralgiczny na wypadek wojny, również wojny domowej, muszą być tak chronione, by nikt do tego nie powołany nie mógł nimi zawładnąć. Lęk przed atomowym terroryzmem usprawiedliwia nawet w mniemaniu niektórych tworzenie totalnego państwa policyjnego. Po raz pierwszy rządzący – mówię o dyktatorach, o monopolitycznej władzy – uzyskali nie spotykaną dotychczas legitymację swej władzy. Dochodzi do głosu godna uwagi dialektyka; zwolennikami atomowej technologii i energii atomowej są w Europie Zachodniej koła rządzące, zaś nieprzypadkowo równolegle z zielonym światłem dla budowy siłowni atomowych przeznacza się odpowiednie fundusze na policję i zaostrza ustawodawstwo. Nie wiem, czy możemy w naszej dyskusji ściśle trzymać się zagadnień technologiczno-fachowych. Czy rzeczywiście takie zagrożenie zdaniem panów istnieje?

Zdzisław Celiński: Wydaje mi się, że nie. To zagrożenie istnieje niewątpliwie, ale ze strony kół wojskowych na Zachodzie. W mniejszym czy większym zakresie. Od bomby neutronowej do bomb wodorowych. Ilość i forma energii występująca w elektrowni czy nawet w jakimkolwiek reaktorze cywilnym jest do tych celów nieprzydatna.

Jan Sabliński: Uważam, że znów fetyszyzujemy energię atomową. Dlaczego właśnie energia atomowa? Przecież już można usprawiedliwić państwo policyjne tym, że terroryści porywają samoloty, zabijają ludzi na ulicach. Energia jądrowa tylko te tendencje może pogłębić, energii jądrowej niektórzy ludzie bardziej się boją niż strzelających z pistoletu. To wynika tylko z pobudek psychologicznych i emocjonalnych, z tego, że każdy przeciwnik energii atomowej może się powołać na Hiroszimę, na Nagasaki. Natomiast wszystkie argumenty przeciwników rozwoju atomistyki i energii jądrowej poza tym jednym, że energia jądrowa może być w wypadku konfliktu wojennego wykorzystana, są moim zdaniem argumentami spekulacyjnymi.

Zdzisław Celiński: Z prasy codziennej wiadomo, że nawet student fizyki w Stanach Zjednoczonych może skonstruować bombę atomową. Oczywiście jest to bzdura, ale takimi wiadomościami prasa przyczynia sie walnie do tego, żeby energetyka jądrowa wywołała lęk. Również w Polsce są żenujące artykuły o tym, że reaktor stopi kulę ziemska, że korespondent „Życia Warszawy” siedzi w Kopenhadze i patrzy kiedy w Szwecji wybuchnie elektrownia. To są zupełnie niepoważne publikacje.

Wszystko to jednak sprzyja atomofobii. Przeciętny człowiek niewiele wie o bombie atomowej. Jeszcze są ludzie z wyższym wykształceniem, którzy na wiadomość, że pracujemy w Instytucie Badań Jądrowych, robią duże oczy ze zdziwienia, że nie boimy się tam pracować.

Redakcja: Miejmy nadzieję, że nasza dyskusja pomoże rozwiać wiele nieporozumień, które nagromadziły się wokół energetyki jądrowej.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s