Wypadek w Czarnobylu: lekcja dla energetyki jądrowej

Wypadek w Czarnobylu: lekcja dla energetyki jądrowej

Zbigniew Jaworowski

profesor doktor habilitowany, Instytut Fizyki, Uniwersytet w Oslo, Norwegia

 (Tekst ze starych „Problemów” (1/1989), szkoda by zniknął)

 

Wchodzimy obecnie w okres, w którym bardziej niż kiedykolwiek w historii wielkoskalowe zmiany w środowisku zaczynają wpływać na politykę rozwoju przemysłu i produkcji energii. Społeczeństwo, które w końcu o wszystkim zdecyduje (miejmy nadzieję, że nie grupy interesu takie jak np. kompleksy przemysłowo-wojskowe, lobby naftowe, węglowe czy atomowe) powinno mieć jasny pogląd na ryzyko związane z różnymi formami produkcji energii. A jaka będzie energetyka, taka będzie przyszłość, gdyż źródła energii są siłą napędową cywilizacji. W tym artykule chcę przedstawić najnowsze oceny naukowe zagrożenia populacji ze strony energetyki jądrowej, przede wszystkim w świetle wypadku w Czarnobylu.

Według oceny Komitetu Naukowego Narodów Zjednoczonych ds. Skutków Promieniowania Atomowego (UNSCEAR), który jest najwyższym w świecie autorytetem w dziedzinie badań nad narażeniem radiacyjnym, normalna praca elektrowni jądrowych i pozostałej części nuklearnego cyklu paliwowego praktycznie nie powoduje narażenia ludności i tylko znikome skażenia środowiska. Z tego powodu należy uznać tę formę produkcji energii za najkorzystniejszą z punktu widzenia ochrony zdrowia ludzi, ekosystemów lokalnych i całej biosfery.

Przeciętny mieszkaniec Ziemi otrzymuje obecnie od całego światowego nuklearnego cyklu paliwowego, poczynając od wydobycia uranu i kończąc na składaniu odpadów, roczną dawkę promieniowania jonizującego wynoszącą 0,27 µSw (tabela 1), tzn. około 0,0001 średniej dawki naturalnej wynoszącej 2400 µSv rocznie. Ta naturalna dawka w niektórych rejonach osiąga stukrotnie wyższe wartości (UNSCEAR, 1988).

Obecnie około 15% energii elektrycznej na świecie wytwarza się w elektrowniach jądrowych. Gdyby cała światowa energia elektryczna była produkowana tylko przez elektrownie jądrowe, to roczna dawka promieniowania otrzymana przez przeciętnego mieszkańca planety wynosiłaby 1,8 µSv. Tak znikoma dawka nie mogłaby spowodować żadnych wykrywalnych zmian zdrowotnych w społeczeństwie.

Natomiast łatwo można sobie wyobrazić, jakie korzystne skutki przyniosłaby całkowita eliminacja elektrowni węglowych, a także innych źródeł energii opartych na paliwach kopalnych. W Polsce byłaby to likwidacja emisji 1,8 mln ton pyłów, 2,8 mln ton dwutlenku siarki („Rocznik Statystyczny”, 1987) i 300 mln ton CO2 rocznie. Oznaczałoby to usunięcie przyczyny co najmniej kilku tysięcy zgonów rocznie, powodowanych w Polsce przez pyły i tlenki siarki z elektrowni węglowych, usunięcie jednej z głównych przyczyn wymierania lasów w Europie Środkowej, ginięcia ryb w jeziorach oligotroficznych, ą w skali biosfery – usunięcie głównej przyczyny efektu cieplarnianego i groźby planetarnych zmian klimatu, wiodących do całkowitego stopienia lodowców, podwyższenia poziomu oceanów o około 80 m i niekorzystnych zmian geografii upraw rolnych.

Jak bliska jest ta groźba – świadczy apel rządów świata, wystosowany przez uczestników międzynarodowej konferencji „The Changing Global Environment – Implications for Global Security” w Toronto w 1988 r., o zmniejszenie o 20% emisji CO2 ze spalania paliw kopalnianych. W apelu tym stwierdzono, że „ludzkość przeprowadza obecnie niezamierzony eksperyment, od którego końcowych skutków może być gorsza tylko wojna jądrowa”. W wyniku podgrzania atmosfery o 1,5 do 4,5°C już około 2050 r. poziom oceanów podniesie się o około 1,5 m i dramatycznie zwiększy się częstość cyklonów („New Scientist”, 1988). Zapobiegnięcie tej katastrofie, bez rezygnacji z obecnego poziomu życia i perspektyw dalszego rozwoju ludzkości, jest możliwe wyłącznie przez całkowite przejście na energetykę jądrową, łącznie z wtórnym jej stosowaniem do środków transportu (poprzez napęd elektryczny i wodorowy).

Rozważmy jednak, jak przedstawia się sprawa w przypadku wielkich awarii elektrowni jądrowych, które – zgodnie z teoretycznymi przewidywaniami – mogłyby prowadzić do poważnych strat wśród ludności. Wypadek czarnobylski umożliwił – niestety – sprawdzenie tych przewidywań. Ponieważ była to prawdopodobnie największa z możliwych katastrof elektrowni jądrowych (nic gorszego poza pewnym nasileniem sytuacji radiacyjnej przy gorszych warunkach meteorologicznych i przy przedłużeniu emisji radionuklidów nie można sobie wyobrazić), stała się ona kamieniem milowym w historii energetyki. Przez następne dziesięciolecia będzie ona obiektem badań i każda poważna dyskusja nad energetyką jądrową będzie musiała uwzględniać ich wyniki.

Historyczny wymiar tej katastrofy, w której zginęło 29 ratowników i 2 osoby z obsługi reaktora, wynika m.in. z dwóch powodów:

1)      dysproporcji między ogromem technicznym wypadku i stratami ekonomicznymi (12,5 miliarda dolarów w ZSRR), a całkowitym brakiem strat wśród ludności,

2)      lękiem wywołanym na całej Półkuli Północnej, prawdopodobnie największym jaki zdarzył się w  okresie pokoju w czasach historycznych, zupełnie nie uzasadnionym rzeczywistym zagrożeniem.

W artykule tym przedstawię ocenę skutków katastrofy czarnobylskiej – głównie na podstawie raportów radzieckich oraz raportu UNSCEAR z 1988 r. przygotowanego dla Zgromadzenia Ogólnego Narodów Zjednoczonych. Raport UNSCEAR oparty jest na szczegółowych danych dostarczonych Komitetowi przez 34 kraje. Jest on najpełniejszym z dotychczasowych opracowań, dotyczących oceny zagrożenia radiacyjnego ludności Półkuli Północnej, wywołanego wypadkiem czarnobylskim.

 

Emisja radionuklidów

 

Awaryjny wzrost mocy reaktora nr 4 w elektrowni czarnobylskiej spowodował eksplozję pary wodnej i prawdopodobnie również wodoru uwolnionego z reakcji pary z cyrkonem zawartym w rdzeniu reaktora (142 tony) z grafitem (2500 ton)[1]. Eksplozja spowodowała rozszczelnienie reaktora oraz natychmiastową emisję radionuklidów w formie gazowej i aerozoli, a także w formie drobnych kropli stopionego paliwa (o średnicy do 0,6 mm) oraz cząstek stałych paliwa rozkruszonego podczas gwałtownych zmian temperatury (o średnicy do 10 mm). Te większe cząstki osadziły się w pobliżu reaktora.

Rozszczelnienie reaktora umożliwiło dostęp tlenu do grafitu, którego pożar podtrzymywał przez 10 dni gwałtowną emisję radionuklidów do atmosfery. W tym czasie spaliło się tylko 10% grafitu i uwolniła się tylko część lotnych radionuklidów. Pożar grafitu ugaszono dzięki wręcz bohaterskiej akcji ratowniczej, podczas której zrzucono na reaktor około 5000 ton dolomitu, piasku, gliny, boru i ołowiu.

Gdyby nie ugaszono pożaru, emisja radionuklidów trwałaby dalej, może nawet przez kilka miesięcy, prowadząc do znacznie silniejszych skażeń rejonu Czarnobyla i dalszych okolic. Dziennie spalało się około 20 ton grafitu, dając moc termiczną około 8 MW. Istniały również inne źródła ciepła, które powodowały emisję radionuklidów do atmosfery. Była to energia promieniowania w rdzeniu reaktora (20 MW) oraz reakcja cyrkonu z wodą (Zr + H2O à ZrO2 + 2H2) i specjalnie uwolnionego wodoru (50 MW). Łączna moc źródła ciepła wynosiła więc 78 MW, a po wypaleniu wodoru – 28 MW. Ta energia była prawdopodobnie główną przyczyną wysokiego wzniesienia się radionuklidów w atmosferze, a następnie rozprzestrzeniania ich wokół całej Półkuli Północnej.

 

Tabela 1. Średnia roczna dawka promieniowania jonizującego od światowego jądrowego cyklu paliwowego – w 1986 r. Moc zainstalowana 274 GW, produkcja 170 GWe. (Na podstawie UNSCEAR, 1988)

Faza cyklu paliwowego Dawka [µSv] Części dawki od całego cyklu [%]
Wydobycie rudy uranu 0,016 6
Przeróbka rudy 0,0013 0,48
Hałdy po wydobyciu i przeróbce 0,08 29,9
Produkcja paliwa 0,0001 0,036
Praca reaktorów 0,079 29,4
Przeróbka wypalonego paliwa (emisje do atmosfery) 0,007 2,6
(emisje do oceanów) 0,081 29,9
Transport 0,003 1,2
SUMA 0,27 100
ŚREDNIA DAWKA NATURALNA 2400

 

W momencie awarii w rdzeniu reaktora znajdowały się radionuklidy o aktywności około 1 × 1020 Bq. Większość z nich stanowiły: molibden-99, ksenon-133, cer-141, bar-133, ruten-103 i cyrkon-95. Z wyjątkiem radioaktywnych gazów: kryptonu-85 i ksenonu-133 – tylko część pozostałych radionuklidów zawartych w stopionym rdzeniu przedostała się do atmosfery. Według obliczeń specjalistów radzieckich, 10 do 20% lotnych radioizotopów jodu, cezu i telluru zostało uwolnionych z rdzenia, a radionuklidów nielotnych – 3 do 5,5%. Ocena ta oparta była na pomiarach aktywności osadzonej na powierzchni gruntu w granicach Związku Radzieckiego.

W tych obliczeniach założono, że początkowo radionuklidy wzniosły się w atmosferze tylko na wysokość około 1 km, zanim rozpoczął się poziomy ich transport, oraz że następnie wznosiły się znacznie niżej. Jednakże pomiary samolotowe prowadzone w Polsce w ciągu pierwszych dwóch tygodni po wypadku wykazały obecność bardzo silnych stężeń radioaktywnego jodu i cezu na dużych wysokościach w troposferze – aż do wysokości 12 km. Oceny Amerykańskiego Departamentu Energii (oparte na modelach transportu na dalekie odległości) biorące pod uwagę nasze pomiary radioaktywności na dużych wysokościach, oraz oceny UNSCEAR (oparte na pomiarach depozycji radionuklidów poza Związkiem Radzieckim), dały wyższy odsetek uwolnienia lotnych radionuklidów: w przypadku jodu-131 sięgający od 35 do 55% a cezu-137 – 25 do 31%.

Aktywność radionuklidów zawartych w rdzeniu reaktora (1,2 × 1020 Bq) była w momencie rozpoczęcia się awarii 2,5 razy wyższa od naturalnej rocznej emisji radonu-222 do atmosfery (4,8 × 1019 Bq) oraz 200 000 razy mniejsza od aktywności radionuklidów uwolnionych we wszystkich dotychczasowych eksplozjach jądrowych w atmosferze (2,2 × 1025 Bq). Natomiast aktywność radionuklidów uwolnionych ze zniszczonego reaktora do atmosfery była znacznie mniejsza: np. jodu-131 uwolniło się 3,3 × 1017 Bq, a cezu-137 – 7 × 1016 Bq.

W roku 1962, w którym dokonano najwięcej próbnych wybuchów jądrowych w atmosferze o całkowitej mocy rozszczepieniowej 76,6 megaton, 77 eksplozji wprowadziło do atmosfery niemal 1000 razy więcej jodu-131 (3,2 × 1020 Bq) i około 6 razy więcej cezu-137 (4,5 × 1017 Bq) niż wypadek czarnobylski. Wynika z tego, że wypadek czarnobylski uwolnił do atmosfery 12 razy mniej jodu-131 i 12 razy mniej cezu-137 niż eksplozja rozszczepieniowa o mocy 1 megatony. Jednak próby jądrowe dokonane zostały w miejscach odległych od okolic gęsto zaludnionych, a uwolnienia z elektrowni czarnobylskiej nastąpiły w terenie, gdzie gęstość zaludnienia była trzykrotnie większa niż średnio na Białorusi, 1,7 razy wyższa niż średnio na Ukrainie i podobna do gęstości zaludnienia w Polsce, Danii czy Szwajcarii.

Pomiary aerozoli zbieranych przy powierzchni ziemi i na dużych wysokościach w troposferze i stratosferze w Polsce wskazywały, że w pierwszych dniach po wypadku radioaktywność systematycznie spadała aż do 5 maja; 7 i 8 maja wzrosła dziesięciokrotnie, a następnie 11 maja znowu obniżyła się o kilka rzędów wielkości. Było to zgodne ze zmianami emisji obserwowanymi bezpośrednio w czarnobylskiej elektrowni. Ta fluktuacja emisji radionuklidów wynikała ze zmian skuteczności walki z ogniem w reaktorze i odcinania jego dostępu do atmosfery.

 

Skażenia i dawki promieniowania

 

W ciągu 10 dni emisji zmienne warunki pogodowe, z wiatrami wiejącymi w różnych kierunkach na różnych wysokościach, doprowadziły do bardzo skomplikowanej sytuacji skażeń (ryc. 1). Z całkowitej aktywności uwolnionego cezu-137,43% zdeponowało się w Związku Radzieckim, a 38% poza jego granicami w Europie, 8% na oceanach, a reszta w innych rejonach Półkuli Północnej.

WwCldej1

Ryc.1. Średnia depozycja cezu-137 na powierzchni gruntu w Europie (wg UNSCEAR, 1988).

 

Najwyższą „lokalną” depozycję cezu-137 poza Związkiem Radzieckim stwierdzono w Szwecji (85 kBq/m2), w Szwajcarii (43 kBq/m2), Bawarii (45 kBq/m2) i Austrii (33-59 kBq/m2). Średnia depozycja tego nuklidu w Szwecji wahała się w różnych rejonach od 0,8 do 31 kBq/m2, w Finlandii wynosiła 14,7 kBq/m2, Austrii 23,1 kBq/m2, w RFN od 2,7 do 16 kBq/m2, w Rumunii 4,5 do 18 kBq/m2, w Szwajcarii 1,3 do 14,8 m2, a w Polsce – 5,2 kBq/m2.

Skład izotopowy radionuklidów zdeponowanych w poszczególnych rejonach świata różnił się znacznie, co wynikało ze zmieniających się procesów emisji w zniszczonym reaktorze (zależnych głównie od zmian temperatury) i od sytuacji meteorologicznej. Stosunek jodu-131 do cezu-137 w chmurach radioaktywnych przelatujących nad Polską wahał się od 2,9 w dniu 29 kwietnia 1986 r. na wysokości 6 km, do 71 na wysokości 9 km w dniu 7 maja. Znalazło to odbicie w składzie radioizotopów zdeponowanych na powierzchni ziemi w poszczególnych krajach, w których średni stosunek jodu-131 do cezu-137 wahał się od 1 do 33. Oceny skażeń poszczególnymi izotopami potrzebne do obliczeń dawki promieniowania, oparte na pomiarze jednego radionuklidu, np. cezu-137 lub tzw. globalnej aktywności beta, nie mają więc sensu. Piszę o tym, ponieważ w Polsce panuje moda na tego rodzaju obliczenia, spóźniona o dobre 30 lat.

Poza granicami Związku Radzieckiego depozycja radionuklidów nigdzie nie spowodowała zagrożenia życia i zdrowia.

WwCldej2

Ryc. 2. Moc dawki promieniowania gamma wokół Czarnobylskiej Elektrowni Jądrowej w końcu kwietnia 1986 r. (mGy/h) /wg Asmolov et al., 1987/.

 

Jak wykazały pomiary przeprowadzone w sierpniu 1986 r., moc dawki promieniowania w środku zniszczonego reaktora wynosiła ponad 100 Gy/h. Jak wynika z ryc. 2 z początkiem maja 1986 r. aż do odległości około 3 km do reaktora moc dawki wynosiła 100 mGy/h, aż do 10 km na zachód od reaktora – około 10 mGy/h, a do odległości 30 km na zachód – około 2 mGy/h. Dawka śmiertelna dla człowieka sięga od 3 Gy (kilka procent zgonów) do 6 Gy (niemal 100 procent zgonów).

W nowo zbudowanym mieście Prypeć, zamieszkanym przez 49 000 osób i położonym od 2,5 do 5 km na zachód od reaktora o godzinie 7.00 27 kwietnia 1986 r. moc dawki gamma sięgała od 1,8 do 6,0 mGy/h, a o godzinie 17.00 – 3,6 do 10 mGy/h.

Oznacza to, że w okolicach bliskich reaktora śmiertelna dawka promieniowania mogła łatwo zostać pochłonięta w ciągu kilkudziesięciu godzin, a w okolicach do 10 kilometrów – w ciągu kilku dni. Z ryciny 2 można wnosić, że dawka na całe ciało od 250 do 750 mSv, przyjęta w ZSRR jako poziom wymagający ewakuacji ludności, mogła być osiągnięta na bardzo dużym obszarze w ciągu kilku dni po awarii.

Jednak zasięg strefy śmiertelnego zagrożenia radioaktywnym skażeniem terenu był w przypadku katastrofy czarnobylskiej znacznie mniejszy niż po wybuchu bomby atomowej o mocy 1 megatony. W tym przypadku, 18 godzin po eksplozji, moc dawki 100 mGy/h sięgałaby na odległość 120 km w kierunku wiatru od miejsca wybuchu. Jednak zasięg plam skażeń, gdzie moc dawki promieniowania prawdopodobnie osiągnęła poziom zagrożenia śmiertelnego (rejon Żytomierza, Homla i Briańska, dla których źródła radzieckie nie podają wartości mocy dawek) był w przypadku Czarnobyla stosunkowo znacznie większy niż to obserwowano po wybuchach jądrowych przeprowadzonych w rejonach pustynnych i oceanicznych. Różnica wynikała z odmiennych warunków meteorologicznych w Europie wschodniej i na pustynnych poligonach atomowych oraz ze znacznie rzadszej sieci pomiarowej przy próbach oceanicznych.

WwCldej3

Ryc.3. Zasięg mocy dawki 100 mGy/h w końcu kwietnia 1986 r. po wypadku w Elektrowni Czarnobylskiej oraz rozmieszczenie rejonów silnych skażeń skąd ewakuowano ludność, w porównaniu z idealizowanym zasięgiem mocy dawki mGy/h po wybuchu jądrowym o mocy 1 megatony.

 

W innych rejonach i poza Związkiem Radzieckim maksymalne moce dawek osiągnęły poziom tysiące razy niższy. Np. w Szwecji – 9 µGy/h, w Austrii – 2,5 µGy/h, w Bawarii – 1,0 µGy/h.

Dawki promieniowania pochłonięte przez ludność w pierwszym roku po awarii pochodziły głównie od trzech izotopów: jodu-131, cezu-137 i cezu-134. Pozostałe izotopy, a wśród nich najważniejsze: tellur- -132 i ruten-103 – miały znacznie mniejszy udział. Dawka długoterminowa, z której większość zostanie zaabsorbowana w ciągu około 50 lat, spowodowana będzie głównie promieniowaniem cezu-137 i cezu- -134.

Do dawki na całe ciało w pierwszym roku po awarii promieniowanie radioaktywnej chmury wniosło mniej niż 1%, inhalacja około 6%, żywność i woda około 70%, a napromieniowanie zewnętrzne 23%. W poszczególnych krajach stosunki te różniły się dość znacznie. Dawka pięćdziesięcioletnia będzie pochodziła po połowie od napromieniowania zewnętrznego i przez drogę pokarmową.

Geograficzne rozmieszczenie depozycji radionuklidów, a więc i dawek otrzymywanych przez ludność, miała bardzo nieregularny, jakby „plamisty” charakter, co wynikało z niejednorodności opadów deszczu, kierunków wędrówki chmur radioaktywnych i wahań emisji z reaktora. Było tak zarówno w okolicach bliskich reaktora, jak i w odległości kilkuset kilometrów, gdzie depozycja radionuklidów była tak wielka, że zaistniała konieczność ewakuacji mieszkańców.

Podobnie zmieniło się geograficznie skażenie żywności, które w pierwszym roku zależało od sezonu wegetacyjnego. Stężenie jodu-131 w mleku, które mogło stanowić największe zagrożenie dla małych dzieci w maju 1986 r., w większości najsilniej skażonych krajów europejskich sięgało kilkuset Bq/l. Było zatem poniżej „wtórnego awaryjnego poziomu odniesienia” (derived emergency reference level – DERL) 2000 do 20 000 Bq/l, ustalonego przez brytyjski National Radiological Protection Board (NRPB) i ogłoszonego w marcu 1986 r., tj. przed wypadkiem w Czarnobylu. W niektórych rejonach Związku Radzieckiego (Płd. Białoruś, Płn. Ukraina i sąsiednie rejony Rosji) stężenie jodu-131 w mleku sięgało 40 000 do 400 000 Bq/l, a więc przekraczało wartości DERL.

Brytyjskie wartości DERL przyjęto dla cezu-137: w mleku 36 000 Bq/l, w jarzynach zielonych 1 900 000 Bq/l, a w owocach 2 800 000 Bq/l. W pobliżu Czarnobylskiej Elektrowni Jądrowej w 1986 r. ułamek żywności skażonej powyżej norm radzieckich sięgał 10 do 30%. Poza Związkiem Radzieckim stężenia cezu-137 w żywności były zwykle setki tysięcy razy niższe od wartości DERL, opartych na zaleceniach Międzynarodowej Komisji Ochrony Radiologicznej i na aktualnej wiedzy radiologicznej. Jednak w niektórych krajach wielkie ilości pożywienia zostały zniszczone, co spowodowało wiele milionów dolarów strat. Powodem tego było wprowadzenie ad hoc znacznie surowszych limitów skażeń żywności, jakie w niektórych krajach były 50 000 razy niższe od norm brytyjskich. Limity te wprowadzono po pierwszej fali radioaktywności, która objęła Polskę i inne kraje sąsiadujące z ZSRR, a jeszcze nie dotarła dalej na zachód. Był to poziom tysiące razy niższy od norm brytyjskich i amerykańskich, a samych Brytyjczyków zmuszono do porzucenia własnych norm. Nasz eksport natychmiast odczuł skutki tych zarządzeń, które były korzystne (tylko początkowo) dla zachodnich producentów żywności.

Polityczno-merkantylny charakter tych działań obrazuje zarządzenie wydane w jednym z krajów Bliskiego Wschodu (w którym poziom wiedzy radioekologicznej – jak sądzę, jest raczej wysoki), gdzie limit skażenia cezem-137 dla żywności importowanej z Europy Wschodniej ustalono na 250 Bq/kg i 600 Bq/kg dla żywności z Europy Zachodniej.

Najwyższe dawki promieniowania (poza ratownikami i personelem elektrowni jądrowej) otrzymała grupa 88 000 osób ewakuowana z Prypeci i okolic, 2500 osób ewakuowanych z rejonu Homla na Białorusi (140 km N od Czarnobyla), 1000 osób z rejonu Żytomierza (170 km SE od Czarnobyla) oraz 1000 osób z Briańska, w Rosji (350 km NE od Czarnobyla) (tabela 3). Wśród nich najbardziej narażoną grupą byli ci, których obowiązki zmuszały do długotrwałego przebywania na otwartej przestrzeni: lekarze, pracownicy służb komunalnych i milicjanci. Za pomocą dozymetrii biologicznej, opartej na mierzeniu liczby aberracji chromosomowych w limfocytach, stwierdzono, że w tej specjalnie narażonej grupie średnia dawka zaabsorbowana przez całe ciało wynosiła 130 mSv. Natomiast średnia dawka wśród 88 000 osób ewakuowanych z Prypeci i okolic sięgała około 30 Sv, tj. 15 razy powyżej rocznej dawki naturalnej. W niektórych wioskach (Tłusty Las, Kopacze) indywidualne dawki sięgały do 400 mSv.

 

Tabela 3. Średnia dawka od odpadu czarnobylskiego na całe ciało (w mSv i w procentach dawki naturalnej) w pierwszym roku i w ciągu 50 lat (wg UNSCEAR, 1988 i Il’in i Pavlovskij, 1987).

Ludność W pierwszym roku Po 50 latach
[mSv] [%] [mSv] [%]
Ewakuowani 40 1600 40,8 33
Płd. Europa 0,51 21 1,18 1
Środkowa Europa 0,34 14 0,92 0,77
Polska 0,24 10 0,74 0,62
ZSRR 0,26 11 0,82 0,68
Płn. Europa 0,22 9 0,91 0,76
Zach. Europa 0,06 2,5 0,17 0,14
Płn. Ameryka 0,001 0,04 0,005 0,004
Średnia dawka naturalna 2,4 100 120,0 100

 

Dawka na tarczycę wśród ewakuowanych osób wynosiła średnio 300 mSv, a 1% osób otrzymało dawkę do 1300 mSv, co można porównać z dawką interwencyjną – od 500 do 5000 mSv zalecaną przez organizacje międzynarodowe.

Poza grupą osób ewakuowanych, pierwszoroczna dawka na całe ciało była o kilka rzędów wielkości niższa (tab. 3). Sięgała ona w Europie od 0,002 mSv w Portugalii do 0,65 mSv w Austrii, tj. stanowiła odpowiednio 0,08 do 28% rocznej dawki naturalnej. Polska znalazła się na 11 miejscu z dawką średnią wynoszącą 0,24 mSv.

Dawka długoterminowa sięgać będzie od 0,005 mSv w Północnej Ameryce do 1,18 mSv w Południowej. W ciągu 50 lat ludność żyjąca w tych regionach otrzyma średnią dawkę promieniowania ze źródeł naturalnych sięgającą około 120 mSv, tzn. opad czarnobylski zwiększy ją w tym czasie o 0,004 – 1%. (tab. 3). W Polsce dawka pięćdziesięcioletnia od tego opadu sięgać będzie średnio 0,74 mSv, tj. 0,62% dawki naturalnej. Natomiast w grupie osób ewakuowanych dawka pięćdziesięcioletnia sięgnie 40,8 mSv, tj. 33% dawki naturalnej.

 

Zgony nowotworowe

 

Dawki promieniowania pochłonięte od opadu czarnobylskiego przez ludność Półkuli Północnej są tak małe, że nie można z żadną pewnością stwierdzić, iż mogą one mieć wpływ szkodliwy lub dobroczynny. Sądzę, że obliczenie odpowiadającej im liczby zgonów nowotworowych wkracza w dziedzinę fantazji. Ponieważ bardzo wiele ludzi żyje na Półkuli Północnej, mnożąc teoretyczne współczynniki ryzyka przez niemal dowolnie znikome wartości dawek otrzymuje się wielkie liczby zgonów.

Współczynniki ryzyka popromiennego używane zwykle w tego rodzaju obliczeniach zostały opublikowane przez Komitet UNSCEAR w 1977 r. i następnie przyjęte przez Międzynarodową Komisję Ochrony Radiologicznej. Opracowano je dla celów ochrony poszczególnych osób przed promieniowaniem oraz dla ustalenia przepisów i polityki ochrony. Są one oparte ha wynikach badań epidemiologicznych grup ludności narażonych na bardzo wysokie dawki promieniowania, przy wysokich mocach dawek. Nieograniczone stosowanie wartości tych współczynników do oceny skutków małych dawek i małych ich mocy, a następnie twierdzenie, że wyniki obliczeń przedstawiają biologiczną rzeczywistość, jest nie do przyjęcia z punktu widzenia epidemiologii. Stosowanie ich do sytuacji czarnobylskiej, nawet do oceny liczby dodatkowych zgonów nowotworowych w najsilniej narażonej grupie osób ewakuowanych z pobliża elektrowni, wydaje się nieuzasadnione. Jednak dla ilustracji zagadnienia przedstawię tę ocenę.

Dawka promieniowania pochłonięta w ciągu 50 lat po wypadku (40,8 mSv) przez 115 000 osób ewakuowanych, będzie co najmniej 2 rzędy wielkości większa niż w innych grupach ludności narażonych na opad ze zniszczonego reaktora (tab. 3). Stosując nowy współczynnik ryzyka nowotworowego (przyjęty w 1983 r. przez UNSCEAR), wynoszący średnio 65 dodatkowych zgonów na 1000 osób i na 1 Gy, oraz przyjmując, za UNSCEAR, że współczynnik redukcji dla ryzyka przy małych dawkach i niskich mocach dawek ma średnio wartość 5, można obliczyć, że liczba dodatkowych zgonów nowotworowych, która w tej grupie osób mogłaby powstać, wynosi 60 (od 28 do 92). Ta hipotetyczna liczba dodatkowych zgonów nie mogłaby nigdy być wykryta wśród 23 000 naturalnych zgonów nowotworowych, których należy oczekiwać wśród osób ewakuowanych.

Sam Komitet UNSCEAR w swoim raporcie czarnobylskim powstrzymał się od oceny prawdopodobieństwa powstania zgonów nowotworowych, ponieważ uważa, że stosowalność współczynników ryzyka do tej sytuacji jest wątpliwa. Komitet natomiast stwierdził, że poniżej pewnego poziomu dawki nie powstaje statystycznie znacząca liczba dodatkowych zgonów nowotworowych, w porównaniu z populacją kontrolną. Poniżej tego poziomu dawki nie można zaobserwować zwiększenia ryzyka nowotworowego i dlatego nie może ono być wprost określone (UNSCEAR, 1988). Dawka, poniżej której nigdy nie zauważono żadnego nowotworu, wynosi 200 mSv.

Dawka promieniowania od opadu czarnobylski ego zaabsorbowana przez najbardziej narażoną grupę ludności ewakuowanej, tj. około 40 mSv, będzie pięciokrotnie niższa od tej dawki. Zajmowanie się oceną liczby dodatkowych zgonów nowotworowych dla innych populacji, narażonych na dawki od czarnobylskiego opadu o kilka rzędów wielkości niższe niż w grupie ewakuowanej, jest ćwiczeniem nie mającym związku z rzeczywistością.

 

Straty w środowisku

 

Spośród roślin najbardziej ucierpiały drzewa iglaste. Największe straty powstały w lasach sosnowych, w których dawka pochłonięta sięgała 80 – 100 Gy. Obszar objęty zniszczeniem sięgał w zimie 1986/87 – 400 hektarów. Lasy liściaste praktycznie nie uległy uszkodzeniu. W rejonach o dawce poniżej śmiertelnej dla drzew iglastych (8-10 Gy) niektóre młode drzewa (10-12-letnie), również wymarły, a 90 – 95 % z nich miało objawy martwicy. W rejonach dawek 2 – 4 Gy większość sosen miała krótsze zakrzywione i pogrubione przyrosty, z częściowo tylko zachowanymi szpilkami. W szpilkach nienormalnych przyrostów obserwowano zniszczenie kompleksu chlorofilo-białkowo-lipidowego.

Od września 1986 r. obserwowano inwazje larw Monchamus galloprovinceali pistor w powalonych pniach sosen, w rejonach gdzie moc dawki sięgała do 40 mR/h. W larwach tych nie zauważono odstępstw od normalnej morfologii. Należy oczekiwać masowej inwazji tego szkodnika w osłabionych lasach sosnowych i masowego wymierania sosen na terenach skażonych w okresie następnych 8 do 10 lat.

W trawach zauważono znamienne statystycznie zwiększenie liczby mutacji na terenach objętych mocą dawki powyżej 0,05 mGy/h.

Wśród 29 rodzin dzikich, narażonych na moc dawki 0,1 – 2,5 mGy/h masa nasion i siła kiełkowania uległy zmniejszeniu.

Trzydziestokrotne zmniejszenie mezofauny glebowej, zamieszkującej ściółkę leśną, obserwowano w lipcu 1986 r. na terenach sąsiadujących z elektrownią czarnobylską. Na terenach rolnych redukcja mezofauny glebowej była 2-3-krotna, jak również zauważono zmniejszoną reprodukcję populacji. W przeciwieństwie do lasów, gdzie wczesne stadia larwy i nimfy nie występowały, na terenach rolniczych śmiertelność młodych zwierząt była znacznie niższa, tylko ok. 4 razy większa niż na terenach nie skażonych.

Katastrofalne zmiany w ściółce leśnej występowały przy dawkach ok. 29 Gy, dawki ok. 8 Gy powodowały nieznaczne, ale wykrywalne zmiany. Na terenach rolniczych, nawet przy dawkach sięgających 86 Gy, zwierzęta żyjące w glebie nie ucierpiały wiele, prawdopodobnie wskutek dobrej ochrony przed promieniowaniem beta przez warstwę gleby oddzielającą je od powierzchniowego opadu.

Dominujące mutacje letalne obserwowano u muszek owocowych. Ich częstość sięgała ok. 15% przy mocy dawki 0,01 – 08 mGy/h, 9% przy 0,02 – 0,06 mGy/h i 6% przy 0,002 – 0,03 mGy/h. Normalna częstość tych mutacji u muszek nie napromienionych wynosi 4,3%.

Nie zauważono zwiększonej śmiertelności, zmniejszenia płodności lub migracji dzikich zwierząt kręgowych w pierwszym okresie po wypadku. Jednak na silnie skażonych terenach, gdzie moc dawki wahała się od 0,0004 do 4,0 mGy/h, ocenia się, że dawka pochłonięta przez gryzonie musiała sięgać od 6 do 60 Gy od napromieniowania zewnętrznego i ok. dziesięciokrotnie mniej od spożytych radionuklidów, a więc należałoby oczekiwać, że 50 do 90% gryzoni powinno zginąć na tych terenach (LD 50 dla gryzoni wynosi 6- 12 Gy). Na tych terenach zaobserwowano jednak na wiosnę 1987 r. silny wzrost liczby gryzoni, co wynikało prawdopodobnie z migracji z rejonów przyległych na pola z pozostawionymi uprawami, opuszczone przez ludzi i zwierzęta domowe. Liczba gryzoni wzrosła na całym skażonym terenie z ok. 56 zwierząt na hektar przed awarią do 600 na hektar w 1987 r.

Zwiększoną częstość aberracji chromosomowych zauważono u dzikich gryzoni, natomiast stwierdzono brak zmian genetycznych u zwierząt wodnych żyjących w zbiorniku wody chłodzącej elektrowni czarnobylskiej.

 

Po dwóch latach

 

Jak wynika z rozmów, które niedawno przeprowadziłem z członkami delegacji radzieckiej w UNSCEAR oraz z innymi osobami, które w maju 1988 r. zwiedzały rejon Czarnobyla, z początkiem 1988 r. mieszkańcy 16 wiosek mniej skażonych – w sektorach zewnętrznych strefy 30 kilometrowej, powrócili do swoich domów. Przewiduje się, że w wyniku działania procesów naturalnych cały obszar między 10 a 30 km od elektrowni powróci do warunków praktycznie przedwypadkowych w ciągu około 10 lat. Już obecnie w wielu rejonach, zwłaszcza północno-wschodnich i południowych, warunki spełniają wymagania ochrony radiologicznej. Jednak nadal utrzymuje się tam zakaz osiedlania, który będzie obowiązywał prawdopodobnie przez kilka lat.

Około 20 wiosek wewnątrz strefy 30-kilometrowej zostało zasiedlonych bez zezwolenia władz przez około 1000 starszych osób. Narażenie na promieniowanie zewnętrzne nie będzie dla nich stanowiło zagrożenia. W pobliżu samej elektrowni, gdzie drzewa z wymarłego lasu zostały usunięte, prowadzi się obecnie zalesianie.

Miasto Czarnobyl jest ponownie zasiedlone i służy jako zaplecze dla akcji dekontaminacyjnej, w której bierze udział ok. 10 000 osób. Miasto Prypeć jest obecnie odkażane i prawdopodobnie po kilku latach wszystkie mieszkania będą gotowe do przyjęcia powracającej ludności.

Reaktory nr 1 i 2 elektrowni czarnobylskiej pracują ponownie od lutego 1987 r., a reaktor nr 3 od grudnia 1987 r.

Masowe badania lekarskie, które objęły ponad 1 milion osób spośród ludności eksponowanej na opad czarnobylski, jak dotąd nie wykazały odstępstw od normalnego stanu zdrowia, które mogłyby być związane z napromieniowaniem.

 

Wnioski

 

Zagrożenie dla ludności wywołane awarią czarnobylską wynikało wyłącznie z uwolnienia do atmosfery wielkich ilości substancji radioaktywnych. W porównaniu z innymi uwolnieniami katastroficznymi, wywołanymi przez człowieka i naturalnymi, liczba dawek szkodliwych cezu-137 uwolnionych z uszkodzonego reaktora była dziesięciokrotnie niższa niż dawek izocjanku metylu, uwolnionego np. podczas katastrofy fabryki pestycydów w Bhopalu (Indie) w grudniu 1984 r. (gdzie zginęło 2346 osób, a 40 000 zostało ciężko poszkodowanych) oraz dziesiątki tysięcy razy niższa od liczby dawek szkodliwych dwutlenku węgla uwolnionych w czasie naturalnej katastrofy w Jeziorze Nyos w Kamerunie, w sierpniu 1986 r. (gdzie zmarło około 1700 osób) (tabela 4). Po wypadku w elektrowni czarnobylskiej nie wystąpiły wśród ludności żadne zgony ani uszkodzenia ciała.

Brak zgonów wśród ludności wynikał z dwóch przyczyn: 1) stosunkowo niskiej toksyczności uwolnionych substancji, których działanie zależało od dość długiego czasu potrzebnego do pochłonięcia szkodliwych dawek promieniowania; umożliwiło to przeprowadzenie skutecznych operacji ratowniczych, oraz 2) koncentracji ogromnych zasobów wielkiego kraju dla przeciwdziałania skutkom katastrofy. Prawdopodobnie system społeczny i polityczny Związku Radzieckiego ułatwił tę koncentrację.

Odległe skutki zdrowotne, tj. zgony nowotworowe wywołane małymi dawkami promieniowania pochłoniętymi przez ludność, jeżeli w ogóle mogły powstać, będą poniżej progu wykrywalności.

Długotrwałe skutki środowiskowe są obecnie  ograniczone do obszaru ok. 20 km2, który składa się w połowie z terenów uprawnych i w połowie z lasów i nieużytków.

Opad czarnobylski był łatwo wykrywalny dziesiątki tysięcy kilometrów od źródła emisji nie dlatego, że masy radionuklidów były wielkie – zaledwie 28 kg cezu-137 i 370 g jodu-134, ale ze względu na niezwykle wysoki poziom systemów monitoringu promieniowania jonizującego, istniejących w wielu krajach. Obecnie stosowane metody monitoringu wykrywają rutynowo skażenia radionuklidami na poziomie wiele milionów razy niższym niż nieradioaktywnych substancji toksycznych. W chwili wypadku, tysiące stacji zorganizowanych w liczne systemy monitoringu śledziło bezustannie poziom promieniowania w środowisku. Była to sytuacja wyjątkowa, nie mogąca się zdarzyć w przypadku innych czynników szkodliwych, ponieważ dla żadnego z nich nie rozwinięto ani tak czułych metod wykrywania, ani tak rozległych systemów monitoringu.

 

Tabela 4. Porównanie emisji do atmosfery substancji toksycznych z Czarnobylskiej E. J. i z innych źródeł.

Źródło emisji i substancja

[Bq lub g]

Liczba[i] jednostek szkodliwych Wczesne zgony (Z)

ciężkie uszkodzenia (U)

Wybuchy jądrowe – 1962
Cs-137 4,5E17 1,3E9 0 Z
J-131 3,2E20 2,4E10 0 U
Czarnobyl, 1986
Cs-137 8,9E16 2,5E8 31 Z
J-131 1,7E18 1,3E8 203 U
Three Mile Island, 1979
Cs-137 ~0 0 Z
J-131 5,5E11 0 U
Bhopal, Indie, 1984
izocjanek metylu ~30E6 2,3E9 2346 Z

~40000 U

Jezioro Nyos, Kamerun, 1986
dwutlenek węgla 2,4E12 1,7E12 1700 Z
Naturalna roczna emisja Rn-222 z powierzchni Ziemi do atmosfery 4,8E19 ? U

 

Paradoksalnie – doskonałość ochrony radiologicznej była jedną z przyczyn lęku ludności, jaki wystąpił w wielu krajach Półkuli Północnej. Sygnały czarnobylskie wykryte przez systemy monitoringu poza Związkiem Radzieckim były tysiące razy poniżej niebezpiecznego poziomu promieniowania, ale jednocześnie były one tysiące razy powyżej poziomu przedawaryjnego. Ani publiczność, ani władze, ani znaczna część ekspertów – nie były przygotowane do racjonalnego reagowania na te sytuacje, a ich percepcja była często zakłócona czynnikami politycznymi i emocjonalnymi, którym poddana jest sprawa energetyki jądrowej.

Prawdopodobnie, w dalszej perspektywie, wypadek czarnobylski wpłynie na ukształtowanie się bardziej racjonalnego poglądu na energetykę jądrową, toteż i sygnały ewentualnego odległego wypadku radiacyjnego nie będą natychmiast wzbudzały lęku i grozy.

Gdyby jednak katastrofa zdarzyła się nie w czasie pokoju, lub gdyby z innych powodów właściwe przedsięwzięcia ratownicze nie mogły być podjęte, skutki emisji radionuklidów z reaktora czarnobylskiego mogłyby być znacznie groźniejsze.

Rzeczywiste zagrożenie radiacyjne ludności wystąpiło na terenach w promieniu około 30 km od elektrowni oraz w „plamach skażeń” do kilkuset kilometrów od elektrowni. Monitorowanie promieniowania na takim terytorium okazało się niezmiernie trudnym zadaniem logistycznym, do którego potrzebna była wielka liczba zespołów radiometrycznych oraz zwiad lotniczy. W sytuacjach gdy taki monitoring byłby niemożliwy, np. w czasie wojny, nie można by wcześniej ostrzec ludności. To, jak również trudności ze zorganizowaniem masowej ewakuacji, odkażania ludzi, pojazdów, ulic, itp. spowodowałoby bardzo wysokie bezpośrednie straty ludzkie na tych terenach, rzędu dziesiątków do setek tysięcy osób.

Pomimo, że ok. 70% dawki promieniowania w pierwszym roku po awarii pochłonięto drogą pokarmową, skażenie terenów rolniczych nie miałoby większego znaczenia dla przeżycia ludności w sytuacjach, gdy nie można by zastosować tak skutecznych środków ratowniczych w przypadku Czarnobyla. Mogłoby to jednak prowadzić do zwiększenia zachorowań na nowotwory i choroby dziedziczne, natomiast bezpośrednie zagrożenie życia ludzi byłoby ograniczone wyłącznie do krótkoterminowego napromieniowania zewnętrznego.

Uwolnienie substancji radioaktywnych z reaktora czarnobylskiego trwało 10 dni. W tym czasie spaliło się około 10% grafitu i uwolniło się 15 do 55% lotnych radionuklidów. Przy braku akcji ratowniczej, to uwolnienie mogłoby trwać znacznie dłużej, prowadząc do większego napromieniowania lokalnego i regionalnego ludności i ekosystemów. Długie uwalnianie radionuklidów z reaktorów typu innego niż RM BK, nie zawierających grafitu, mogłoby również się zdarzyć, gdyż ciepło promieniowania radionuklidów w rdzeniu byłoby do tego wystarczające.

Wypadek w czarnobylskiej elektrowni jądrowej udowodnił, że w warunkach pokoju nawet największa z możliwych awaria reaktora energetycznego nie powoduje strat wśród ludności. Jak większość wielkich dzieł technicznych współczesności, reaktory jądrowe stanowią wielkie potencjalne źródła zagrożenia i sama ich obecność zwiększa niebezpieczeństwo skutków wojen, które stają się coraz bardziej anachroniczną spuścizną historii. Wydaje się, że do życia w pokoju zmusza nas rozwój nauki i techniki. On jest głównym źródłem zachodzących obecnie zmian kulturowych i sposobu myślenia, które wiodą w stronę wygaszania agresywnych instynktów społecznych. Te zmiany oraz otwarcie praktycznie nieograniczonego skarbca energii, jakim są reakcje jądrowe, będą prawdopodobnie najważniejszym wkładem, który wiek XX wniesie w przyszłość.

 

Objaśnienia symboli

 

Gy (gray) – jednostka dawki promieniowania jonizującego pochłoniętego w materii (J/kg).

Sv (sievert) – jednostka równoważnika dawki promieniowania jonizującego uwzględniająca różnice skuteczności biologicznej różnych rodzajów promieniowania [J/kg].

Bq (becquerel) – jednostka aktywności substancji promieniotwórczej, równa jednemu rozpadowi atomu na sekundę.

LD50 – połowiczna dawka śmiertelna promieniowania lub substancji trującej, po której zginie 50% narażonej populacji.

[1] Patrz również art. prof. Z. P. Zagórskiego: Chemia katastrof w Windscale i Czarnobylu. „Problemy: nr 11/1988 (Red.)

[i] Jednostki dawek szkodliwych przyjęto jako: 1) aktywność pochłoniętych radionuklidów, dająca dawkę promieniowania 5 Gy, tj. 3,6E8 Bq cezu-137 i 1,3E10 Bq jodu-131 oraz 2) jako LD50 dla izocjanku metylu 1,3E2 i 1,4 g dwutlenku węgla.

Opublikowano Czarnobyl, Historia | Dodaj komentarz

Sortowanie Favorites (Ulubionych) w Edge

Jak wiadomo w Edge posortować Ulubionych (dalej zwanymi dla uproszczenia Favorites) się nie da. Taka cecha…

Nie przeszkadzało mi to, bo przed importem z IE były posortowane, a zmian w Edge wiele nie było.

Ale przyszła chwila instalacji Windows Phone 10 na smartfonie… Po instalacji urządzenia się zsynchronizowały – no i zrobił się problem:

  • jeżeli miałem w Favorites folder A z zawartością 5 linków,
  • to teraz miałem dwa foldery A, odległe od siebie, jeden zawierający 2 linki, a drugi 3.

Rozmnożyło się tak większość folderów, i korzystanie z Favorites stało się mordęgą.

 

Więc trzeba było poszukać. W win10-edge-favorites-folder-location była informacja o konfiguracji.

W katalogu C:\Users\%UserName%\AppData\Local\Packages\Microsoft.MicrosoftEdge_8wekyb3d8bbwe\RoamingState znajdują się pliki o nazwach takich jak: {00516beb-9ef3-4a06-8a1c-a7760fcb37e8}.json

 Nazwa, jak widać to Guid, a sam plik to zserializowana klasa.

Odtworzona klasa wygląda tak:


 

[DataContract]
public class Favorite
{
 [DataMember]
 public int Collection;
 [DataMember]
 public int SchemaVersion;
 [DataMember]
 public string ItemId;
 [DataMember]
 public string ParentId;
 [DataMember]
 public Int64 OrderNumber;
 [DataMember]
 public bool IsFolder;
 [DataMember]
 public string Title;
 [DataMember]
 public string URL;
 [DataMember]
 public UInt32 DateUpdatedLow;
 [DataMember]
 public UInt32 DateUpdatedHigh;
 [DataMember]
 public string FaviconFileContent;
 //
 public string OrderNumberAsText
 {
 get
 {
 return DateTime.FromFileTime(OrderNumber).ToString("yyy.MM.dd HH:mm:ss");
 }
 }
 //
 public Int64 DateUpdated
 {
 get
 {
 UInt64 u = DateUpdatedHigh;
 u <<= 32;
 u |= DateUpdatedLow;
 //
 return (Int64)u;
 }
 set
 {
 UInt64 uH = (UInt64)value;
 UInt64 uL = uH & 0xFFFFFFFF;
 uH >>= 32;
 //
 DateUpdatedLow = (UInt32)uL;
 DateUpdatedHigh = (UInt32)uH;
 }
 }
 public string DateUpdatedAsText
 {
 get
 {
 return DateTime.FromFileTime(DateUpdated).ToString("yyy.MM.dd HH:mm:ss");
 }
 }
 //
 public override string ToString()
 {
 string s = "";
 //
 s += string.Format("Collection:{0}{1}", Collection, Environment.NewLine);
 s += string.Format("SchemaVersion:{0}{1}", SchemaVersion, Environment.NewLine);
 s += string.Format("ItemId:{0}{1}", ItemId, Environment.NewLine);
 s += string.Format("ParentId:{0}{1}", ParentId, Environment.NewLine);
 s += string.Format("OrderNumber:{0}{1}", OrderNumberAsText, Environment.NewLine);
 s += string.Format("IsFolder:{0}{1}", IsFolder, Environment.NewLine);
 s += string.Format("Title:{0}{1}", Title, Environment.NewLine);
 s += string.Format("URL:{0}{1}", URL, Environment.NewLine);
 s += string.Format("FaviconFileContent:{0}\n", FaviconFileContent);
 s += string.Format("DateUpdated:{0}{1}", DateUpdatedAsText, Environment.NewLine);
 //
 return s;
 }
}

Zostało to, na wszelki wypadek opakowane:

 public class FileFavorite
 {
 public string FName;
 public Favorite F;
 }

 

ItemId i ParentId to Guidy, jeżeli ParentId jest równy „{fddf6d73-3ca3-456b-946a-96b379ad4a44}” to element znajduje się w głównym katalogu. ItemId zawsze był taki sam, jak w nazwie pliku.

OrderNumber, wbrew pozorom, to data w formacie FileTime. Określa ona kolejność wyświetlania elementów w Edge.

DateUpdatedLow, DateUpdatedHigh to połówki daty w formacie FileTime.

I tylko te elementy klasy zmieniałem, pozostawiając resztę.


Przy okazji zrobiłem formalne sprawdzenie poprawności danych: sieroty i duble. Sierot nie było, ale okazało się że prawie połowa wpisów to duble… Co ciekawe, nie były one widoczne.

Wczytana lista Guidów nie będącym plikami i których przodkiem był root, była grupowana po Title. W tych grupach, gdzie było > 1 elementów, wszystkie elementy poza pierwszym były usuwane, a w ParentId elementów będących ich potomkami wpisywany był ParentId pierwszego.

Zadziałało, chociaż by Edge zauważył zmianę trzeba było wejść i wyjść z jakiegoś katalogu Favorites.


A tutaj przykład posortowania Favorites:

static string rootId = „{fddf6d73-3ca3-456b-946a-96b379ad4a44}”;// na innym PC był taki sam

List<FileFavorite> lf = new List<FileFavorite>();// wszystkie Fav.

long ct = DateTime.Now.ToFileTime();
//
var AllFav = (from x in lf orderby x.F.Title orderby !x.F.IsFolder where (x.F.ParentId == rootId) select x).ToList();
//
DateTime ord = DateTime.Now;
TimeSpan m1 = new TimeSpan(0, 1, 0);
ord = ord.Subtract(new TimeSpan(0, AllFav.Count() * 3, 0));
//
for (int j = 0; j < AllFav.Count(); j++)
{
 AllFav[j].F.DateUpdated = ct;
 AllFav[j].F.OrderNumber = ord.ToFileTime();
 //
 Console.WriteLine(AllFav[j].F.Title);
 WriteFavorite(dstFav, AllFav[j]);
 //
 ord = ord.Add(m1);
}
//

Funkcje użytkowe:

  • deserializacja
  • serializacja

(ciekawostką jest to, że Edge używa innego serializera, bo DataContractJsonSerializer zamienia `/’ na `\/’, a tego w danych nie było. Ale to bez znaczenia, obydwie postacie są prawidłowe.)


 

public static FileFavorite ReadFavorite(string f)
{
 Byte[] bb = File.ReadAllBytes(f);
 MemoryStream ms = new MemoryStream(bb);
 ms.Position = 0;
 Favorite fv = (Favorite)ser.ReadObject(ms);
 //
 FileFavorite ffv = new FileFavorite()
 {
 FName = Path.GetFileNameWithoutExtension(f),
 F = fv
 };
 //
 if (ffv.FName != ffv.F.ItemId)
 {
 throw new Exception("ffv.Id != ffv.F.ItemId");
 }
 return ffv;
}

 

public static void WriteFavorite(string path, FileFavorite ffv)
{
 MemoryStream ms = new MemoryStream();
 ser.WriteObject(ms, ffv.F);
 ms.Seek(0, SeekOrigin.Begin);
 byte[] bb = ms.ToArray();
 string filename = Path.Combine(path, ffv.FName + ".json");
 File.WriteAllBytes(filename, bb);
}

 

Opublikowano c#, Komputery i Internet | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Moduł oświetlenia LED i jego zastosowanie

Chciałem zrobić uniwersalny moduł LED, możliwy do wykorzystania w różnych zastosowaniach.

Zdecydowałem się na moc 10W: LEDa daje wtedy sensowną ilość światła (mniejsze moce nadają się wyłącznie do tworzenia nastrojowego oświetlenia), a chłodzenie bierne nie jest problemem.

LED

LED – COB 10W Ciepły. (Tam, gdzie stale przebywają ludzie tylko ciepłe, tam gdzie tylko chwilowo – zimne, bo dają więcej światła.)

Otwory montażowe rozmieszczone są w kwadracie, o siatce 1/10 cala. Jako szablon można wykorzystać uniwersalną płytkę drukowaną z nawierconymi otworami.

Zasilacz

Chyba taki.

Wybór zasilacza

Jedyne, na co należy zwrócić uwagę, to dopasowanie LED do zasilacza; białe LED występują w dwu odmianach:

  • zawierającej 9 led połączonych szeregowo,
  • zawierającej 3 równolegle połączone zestawy 3 led połączonych szeregowo.

Pierwsza ma napięcie przewodzenia ~11V i prąd ~900mA, druga: ~33V i ~300mA (dane rzeczywiste mogą sporo się od tych różnić).

 Budowa

Radiator okazała się być trochę za duży, ale to nie szkodzi – bo pasuje do rozmiarów zasilacza, a i lepsze chłodzenie LEDzie posłuży.

Śrubki mocujące moduł to M3, w radiatorze zostały wywiercone i nagwintowane dwa otwory M4, służące do mocowania go do obudowy.

Moduł od przodu:

ml10_front

Moduł od tyłu:

ml10_back

Dwa moduły zostały zamontowane w obudowie świetlówki, w łazience.
Światła było wystarczająco dużo, ale wystąpił ciekawy efekt.
Na białych powierzchniach pojawiły się pasy.

Zbiornik spłuczki:

ml10_zbiornik spluczki

Sufit (uwydatnione):

na suficie

Skąd to się wzięło? Z klosza świetlówki, ukształtowanego w pryzmaty:

ml10_obudowa swietlowki

Teraz już wiadomo, dlaczego żarówki LED mają matowe bańki… – niebieski LED i żółty luminofor…

W następnym podejściu do tematu w oprawie zostały asymetrycznie umieszczone moduły LED w kształcie pasków, 3 × 10W. I to jest chyba optymalna moc dla łazienki.
Efekt został znacznie zniwelowany, ale nie do końca.

Opublikowano Elektronika | Otagowano , | Dodaj komentarz

Overmax z firmowym trojanem

Początkiem było urwanie ziemnego kabla telefonicznego przez ciężarówkę.

Netii naprawa tego, skądinąd prosta, zajęła dwa tygodnie.

Szczęśliwie miałem, zamówioną na wszelki wypadek, kartę Aero 2. Telefon posłużył do kupienia modemu na Allegro – i po kilku dniach Internet był. Znośny, aczkolwiek mocno rozbudowane strony nie zawsze się ładowały.

 A jak Netia naprawiła, postanowiłem się zabezpieczyć na przyszłość – i kupiłem w Proline najtańszy tablet z obsługą Aero 2: Overmax qualcore 7022 3G.

Co do tabletu: dziadostwo – bardzo marny smartfon przerobiony na tablet. Wyjątkowo zła kamera, akumulator trzymający dzień.

 Pierwszą niespodzianką było samorzutne otwieranie się w przeglądarce strony `m.yoyogame.net’. W każdej przeglądarce… Przez jakiś czas UC Browser tylko temu się nie dawał.

Przeglądanie sieci stało się skrajnie niewygodne.

Zacząłem się przyglądać systemowi.

Na pulpicie samorzutnie tworzyła się ikona `powerclean’ – różniąca się od ikony programu `powerclean’.

Dokształciłem się.

Skan przez Malwarebytes wyjaśnił sytuację – trojan w systemowej aplikacji `GoogleSearch.apk’. Systemowej – czyli nie do usunięcia przez użytkownika.

Trojan tworzył na karcie SD plik `PowerClean.apk’.

VirusTotal potwierdził – malware…

 Myślałem, że złapałem to sam, ale kilkukrotne resetowanie instalacji wyjaśniło, że nie trzeba nic robić by trojan się pojawił – wystarczy tylko poczekać…

redline


Otwarcie jakiejkolwiek przeglądarki skutkuje otwarciem strony yoyogame.net.

01 yoyogame

 


Sam z siebie pojawia się komunikat „Shortcut `power clean’ created”

02 powerclean 1

 


To właśnie on:

03 powerclean 2

 


A to obok shortcuta do prawdziwej aplikacji „Power Clean”:

04 powerclean 3

 


Malwarebytes trojana znalazło – w systemowej aplikacji Google Search.

Systemowa – czyli nie do usunięcia przez użytkownika…

05 malwarebytes

 


Na karcie SD pojawiała się APK.

06 powercleanapk

 


VirusTotal identyfikował ją jako trojana.

07 VirusTotal

 


redline


 

Napisałem do serwisu, polecili przysłać. Wysłałem, naprawione dostałem z powrotem.

Także z trojanem, ale lepiej ukrytym: żadnych plików i ikon. A Malwarebytes się wywalał przy skanie…

Ale jednak potrafił wykryć, że trojan jest w tym samym miejscu…

Serwis zainstalował lepszego trojana

Nadal pchał się do przeglądarek, ale teraz także wyświetlał reklamy, ostrzegał o wirusach i instalował w nocy gry.

 

10 malwarebytes 1

 


Skan, jeżeli się udał,  wyszukiwał nadal to samo:

11 malwarebytes 2

 


Trojan w działaniu:

20 ad

 


Trojan w działaniu:

21 ad

 


Trojan w działaniu:

22 ad

 


Trojan w działaniu:

23 ad

 


Trojan w działaniu:

24 ad

 


A tutaj przyglądamy się bliżej trojanowi. Jak widać – serwuje reklamy z Google

30 wyszukiwarka

 


 

redline

Tego to już nie można było wytrzymać…

Więc znowu się poduczyłem, roota uzyskałem stąd: www.kingoapp.com ,

appka wrzucona na kartę SD, odpalona, chwila emocji – i po chwili root!

No a potem `system app remover’ / JUMOBILE – I wyszukiwarki nie ma… problemów też.

Opublikowano Komputery i Internet | Otagowano , | 1 komentarz

This is the end, my only friend, the end

Spacer po rodzinnym mieście, trzy ulice.

Młodzi wyjechali, starzy wymierają.

Ogłoszeń o sprzedaży było więcej, ale chyba już niektórzy się zorientowali że wywieszanie ich nie ma sensu.

Niektóre domy nie sprawiają wrażenia zamieszkałych, także niektóre piętra w budynkach.


Titemofte 001Titemofte 002Titemofte 003Titemofte 004Titemofte 005Titemofte 006Titemofte 007Titemofte 008Titemofte 009Titemofte 010

Titemofte 011Titemofte 012Titemofte 013Titemofte 014Titemofte 015Titemofte 016Titemofte 017Titemofte 018


Na końcu – sąsiednia miejscowość, ogłoszenie o sprzedaży zdążyło już spełznąć.

Titemofte 019

Opublikowano Historia, Uncategorized | Otagowano | Dodaj komentarz

MediaCoder – porównanie kompresji x264 i x265 na materiale SD

Klip to `Fireworks’ Roxette, rozdzielczość 720×576.

Obrazki zdjęte PrintScreenem z VLC na ekranie HD, więc powiększone.

CRF domyślnie było ustawione na 25, ale pliki wynikowe były przestraszająco małe, więc obniżyłem kompresję do 23.

Jak widać – w obydwu przypadkach z twarzy zniknęły szumy, a z maskownica radia straciła szczegóły. x265 wygląda na nieco bardziej stratny, ale jest całkowicie akceptowalny.

VOB – 119,3 MiB

xVob

x264

Max. Bitrate 1300Kbps – 38,6 MiB
x264

x265

Video Quality 23 CRF – 28,8 MiB

x265

Opublikowano Komputery i Internet | Dodaj komentarz

Cytat z Parkinsona, do linkowania

„DEGRENGOLITIS” albo obezwładniający paraliż

Na każdym kroku spotykamy pewien typ organizacji (administracyjnej, handlowej czy akademickiej), w, której wyżsi urzędnicy są zaharowani i tępi, ci trochę niżsi – rozwijają pewną aktywność jedynie we wzajemnych intrygach, najmłodsi zaś – są sfrustrowani albo lekkomyślni. Niewielkie stawia się sobie zadania. Niczego się nie osiąga. A zastanawiając się nad tym smutnym obrazem, dochodzimy do wniosku, że kierownicy tych instytucji zrobili wszystko, na co ich było stać, walczyli z przeciwnościami losu, a w końcu przyznali, że ponieśli klęskę.

W świetle ostatnich studiów okazuje się jednak, że nie ma potrzeby przyznania się do takiej klęski. Poważny bowiem procent instytucji umierających, dotychczas zbadanych, znalazł się w stanie ostatecznego upadku celowo i po długotrwałym wysiłku. Upadek ten jest wyraźnie wynikiem choroby, lecz choroby w dużej mierze dobrowolnie sobie zainfekowanej. Od pierwszych oznak tego stanu postęp choroby podsycano, jej przyczyny pogłębiano, a objawy witano z radością. Jest to choroba polegająca na założeniu własnej niższości, całkowita degrengolada – nazwijmy ją „degrengolitis”. Dolegliwość powszechniejsza, niż często się przypuszcza, i dużo łatwiej postawić jej diagnozę niż przeprowadzić kurację.

Nasze studia organizacyjnego paraliżu rozpoczniemy, zgodnie z logiką, od opisu przebiegu choroby, począwszy od pierwszych jej oznak aż do stadium ostatecznego. Następny etap naszych badań będzie dotyczył symptomów i diagnozy. Etap trzeci powinien by zalecać jakieś sposoby leczenia, lecz na ten temat niewiele wiadomo. Najbliższa przyszłość także nie przyniesie zapewne żadnych odkryć w tym względzie, ponieważ tradycja brytyjskich badań medycznych całkowicie przeciwstawia się kładzeniu jakiegokolwiek nacisku na tę część zagadnienia.

Brytyjski specjalista zadowala się zwykle w zupełności prześledzeniem objawów i zdefiniowaniem ich przyczyny. Francuz – odwrotnie – zaczyna od przepisania sposobów leczenia, a dopiero później omawia diagnozę, jeśli w ogóle ją omawia. W naszym wypadku skłonni będziemy przyjąć metodę brytyjską, która może nie pomóc pacjentowi, lecz która jest bez kwestii metodą bardziej naukową. Lepiej jest podróżować z nadzieją w duszy niż po prostu przybywać na miejsce.

Pierwszą oznaką niebezpieczeństwa jest pojawienie się w hierarchii organizacyjnej osobnika, który łączy w sobie potężne nagromadzenie niekompetencji i zazdrości. Żadna z tych cech nie wyróżnia się sama przez się i większość ludzi posiada każdą z nich w pewnej proporcji. Lecz kiedy te dwie cechy osiągają pewne nasilenie – oznaczmy je formułą N3 Z5 – następuje reakcja chemiczna. Dwa elementy stapiają się, stwarzają nową substancję, którą określimy nazwą „degrengoliny”.

Obecność tej substancji można także sprawdzić na podstawie poczynań kogoś, kto nie potrafi niczego dokonać w swoim własnym wydziale, a ustawicznie usiłuje wtrącać się do pracy innych wydziałów i uzyskać kontrolę nad administracją centralną. Specjalista obserwujący ową szczególną mieszaninę nieudolności i ambicji od razu pokiwa głową i mruknie:. „Elementarna, samoistna degrengolina”. Objawy te, jak zobaczymy, są zupełnie typowe.

Następne albo wtórne stadium rozwoju choroby ma miejsce wtedy, gdy zarażony osobnik zdobywa całkowite lub częściowe kierownictwo organizacji centralnej. W wielu wypadkach stadium to następuje bez okresu zakażenia początkowego, jeśli zarażone indywiduum przystępuje właśnie do pracy na tym szczeblu. W tym stadium łatwo rozpoznać owo indywiduum po uporze, z jakim walczy o usunięcie z organizacji wszystkich zdolniejszych od siebie, a także po uporze, jaki napotyka u niego zaangażowanie lub awans kogoś, kto mógłby okazać się zdolniejszym po upływie pewnego czasu.

Ponieważ nie ośmieli się powiedzieć: „Mr Asterisk jest zanadto zdolny”, wobec tego mówi: „Asterisk jest zdolny, zapewne, ale czy solidny? Wolałbym raczej Mr Cyphera”.

Ponieważ nie ośmieli się powiedzieć: „Wobec Asteriska czuję się mały”, więc powie: „Wydaje mi się, że Cypher jest rozsądniejszy”. Rozsądek – to interesujące słowo oznacza w tym kontekście coś odwrotnego niż inteligencja; oznacza ono w gruncie rzeczy robienie tego, co już zostało zrobione. Wobec tego Mr Cypher otrzymuje awans, a Mr Asterisk odchodzi gdzie indziej. Centralna administracja stopniowo zaczyna roić się od ludzi głupszych od przewodniczącego, od dyrektora, od kierownika.

Jeśli prezes instytucji jest postacią drugorzędną, będzie starał się o to, aby sztab jego najbliższych współpracowników składał się tylko z postaci trzeciorzędnych, a ci z kolei o to, aby ich podwładni byli czwartorzędni. Powstaje wkrótce istne współzawodnictwo głupoty, ludzie pragną uchodzić za jeszcze głupszych, niż są w rzeczywistości.

Następne, czyli trzecie z kolei stadium początków tej choroby następuje wówczas, kiedy w całej instytucji od góry aż do dołu, nie przebłysku je już ani iskierka inteligencji. To jest właśnie ów stan upadku, opisany przez nas na początku. Gdy stadium to zostało osiągnięte, instytucja jest – praktycznie biorąc – martwa.

Może pozostawać w tym stanie przez dwadzieścia lat. Może spokojnie się rozkładać. Może nawet – na koniec – powrócić do zdrowia. Przypadki wyzdrowienia są rzadkie. Ktoś mógłby się dziwić, że wyzdrowienie bez leczenia jest w ogóle możliwe. Jednakże jest to kuracja całkiem naturalna i dokładnie przypomina proces, gdy różne żyjące organizmy rozwijają w sobie odporność na trucizny, zabójcze dla nich przy pierwszym zetknięciu. Jest tak, jak gdyby cała instytucja została spryskana roztworem DDT, gwarantującym zniszczenie wszelkich zdolności. Z biegiem lat praktyka ta przynosi pożądane rezultaty. Lecz w końcu pewne jednostki uodporniają się. Ukrywają swoje zdolności pod maską idiotycznego dobrego humoru.

Rezultat jest taki, że pracownicy, którym wyznaczono zadanie zniszczenia zdolności, nie potrafią (wskutek swej głupoty) znaleźć ich tam, gdzie je widzą. Zdolny urzędnik przedostaje się poprzez zewnętrzne linie obronne i toruje sobie drogę ku szczytowi. Wędruje tam, bełkocąc coś o golfie i głupawo chichocząc, gubiąc dokumenty i zapominając nazwisk, a wygląda tak samo jak wszyscy. Dopiero kiedy zdobywa wysokie stanowisko, nagle zrzuca maskę i objawia się niby demon wśród tłumu wróżek z pantomimy. Wśród przenikliwych okrzyków trwogi wysocy urzędnicy odnajdują istotę zdolną tuż obok siebie. Jest już za późno, żeby można było na to coś poradzić. Stało się, choroba jest w odwrocie i w ciągu następnych dziesięciu lat możliwe jest zupełne wyzdrowienie. Ale te przykłady naturalnej kuracji są niezwykle rzadkie. W normalnym biegu wydarzeń choroba przechodzi przez wymienione, rozpoznane jej stadia i staje się – mogłoby się wydawać – nieuleczalna.

Zobaczyliśmy, na czym ona polega. Pozostaje nam teraz wskazać, na podstawie jakich objawów można wyśledzić jej obecność. Inną rzeczą jest szczegółowy opis szerzenia się infekcji w urojonym przypadku, zaklasyfikowanym od początku, a zupełnie inną – wejście do fabryki, baraków, biura czy zakładu naukowego i rozpoznanie tych objawów na pierwszy rzut oka.

Wszyscy wiemy, w jaki sposób pośrednik sprzedaży nieruchomości krąży wokół pustego domu, jeśli występuje w imieniu nabywcy. To tylko kwestia czasu, kiedy znienacka otworzy szafę lub kopnie w boazerię i krzyknie: „Grzyb!” (Jeśli zaś występuje w imieniu sprzedającego, zgubi klucz od szafy, a będzie zwracał uwagę na widok z okna).

W ten sam sposób badacz zagadnień społecznych może rozpoznać objawy „degrengolitis” nawet w jej początkowym stadium. Zatrzyma się, pociągnie nosem, mądrze pokiwa głową i od razu będzie oczywiste, że on wie. Ale skąd? Po czym poznaje, że „degrengolitis” tu powstała? Jeśli istnieje początkowe źródło infekcji, diagnoza będzie łatwiejsza, może ją jednak postawić nawet wtedy, kiedy rozsadnik choroby jest na urlopie. Jego wpływ można wykryć w atmosferze. Można go wykryć przede wszystkim w pewnych uwagach, które wypowiadają inni, na przykład: „Byłoby błędem, gdybyśmy się porywali na zbyt wiele. Nie możemy współzawodniczyć z Górą. Tutaj, na Dole, wykonujemy pożyteczną pracę, wychodzimy naprzeciw potrzebom kraju. Powinniśmy się tym zadowolić.

Albo: „Nie mamy pretensji, żeby być w pierwszym szeregu. To absurd, w jaki sposób Pracusie mówią o swej pracy, zupełnie tak, jakby należeli do Góry.

Albo wreszcie: „Niektórzy z naszych młodszych urzędników znaleźli się na Górze, jeden czy dwóch przeszło do Pracusiów. Może to najmądrzejsze, co mogli wymyślić. Z radością życzymy im powodzenia. Wymiana personelu jest dobra, chociaż oczywiście tych kilka osób, które przeszły do nas z Góry, sprawiło nam raczej zawód. Możemy liczyć tylko na takich, których tamci wyrzucają.

Ale nie powinniśmy narzekać. Zawsze unikamy tarć, jeśli tylko możemy. I sądzimy, że na swój skromny sposób robimy dobrą robotę”.

Co sugerują te uwagi? Sugerują – albo raczej wyraźnie świadczą, że ustanowiono zbyt niski poziom oczekiwanych osiągnięć. Pragnie się wyłącznie niskiego poziomu, a jeszcze niższy się akceptuje. Wskazówki dawane przez drugorzędnego szefa i adresowane do jego trzeciorzędnych urzędników mówią jedynie o minimum celów i zalecają bezskuteczne środki. Nie wymaga się wyższego poziomu kompetencji, ponieważ skutecznie działająca instytucja wymykałaby się spod kierowniczych możliwości szefa. Nad głównym wejściem złotymi czcionkami wypisano motto: „Zawsze trzeciorzędni”.

Trzeciorzędność stała się podstawą polityki organizacyjnej. Można jednak zaobserwować, że wciąż jeszcze docenia się potrzebę wyższych wymagań. W tym stadium pozostaje cień zażenowania, poczucie niepokoju na samo wspomnienie Góry. Jednakże ani to zażenowanie, ani ów niepokój nie trwają długo. Szybko nadchodzi drugie stadium choroby i to stadium musimy właśnie teraz opisać.

Głównym objawem, po którym można je rozpoznać, jest zadowolenie z siebie. Nakreślono sobie niewielkie zadania i dlatego przeważnie je osiągnięto. Cel umieszczono bliziutko stanowiska strzelniczego, dlatego uzyskano dużą ilość punktów. Dyrektorzy dokonali tego, co zamierzyli. Napełnia ich to niebawem zadowoleniem z samych siebie. Wkrótce zapominają, że niewielkiego trzeba było wysiłku, żeby uzyskać małe wyniki. Widzą tylko to, że im się udało – nie tak jak tym Pracusiom. Stają się coraz bardziej zadowoleni z siebie, a to ich samozadowolenie przejawia się w uwagach takich, jak te: „Szef jest człowiekiem rozsądnym i bardzo mądrym, jeśli go lepiej poznać. Nigdy nie mówi wiele – to nie jego styl – ale rzadko popełnia błędy”. (Te ostatnie słowa można by słusznie zastosować do kogoś, kto w ogóle nic nie robi).

Albo: „My tutaj raczej nie mamy zaufania do wybitnych zdolności. Ci wybitnie zdolni ludzie potrafią być strasznym utrapieniem, przewracają do góry nogami ustalony porządek i proponują wszelkie rodzaje planów, których nigdy jeszcze nie wypróbowano. A my osiągamy znakomite rezultaty za pomocą zwykłego zdrowego rozsądku i pracy zespołowej”.

A w końcu: „Nasza stołówka to coś, z czego naprawdę jesteśmy dumni. Nie mamy pojęcia, w jaki sposób kierownik może wydawać takie dobre obiady po tej cenie. Mamy szczęście”. Ta ostatnia uwaga zostaje wypowiedziana w chwili, kiedy siedzimy przy stole nakrytym brudną ceratą, patrzymy na niejadalną, ohydną papkę na talerzu i dostajemy drgawek na sam widok i zapach tego, co ma być kawą.

W istocie wygląd stołówki ujawnia więcej niż wygląd biura. Tak jak dla pospiesznego sądu o domu prywatnym wystarczy nam obejrzeć WC (aby przekonać się, czy jest w nim zapasowa rolka papieru), tak jak oceniamy hotel po zastawie, tak większą instytucję możemy ocenić na podstawie wyglądu jej stołówki. Jeśli jest utrzymana w kolorze ciemnobrązowym i bladozielonym; jeśli firanki są purpurowe (lub nie ma ich wcale); jeśli nigdzie nie widać kwiatów; jeśli w zupie jest jęczmień (i pływa w niej – lub nie pływa – mucha); jeśli potrawy są spartaczone i spleśniałe; i jeśli mimo to urzędnicy są ze wszystkiego zadowoleni – to cóż, wtedy instytucja znajduje się na bardzo złej drodze. Ponieważ w takim wypadku zadowolenie z siebie doszło do tego punktu, w którym ludzie za to odpowiedzialni nie widzą już różnicy między pożywieniem a paskudztwem. Oto zadowolenie z siebie w formie absolutnej.

W trzecim i ostatnim stadium tej choroby miejsce zadowolenia z siebie zajmuje apatia. Urzędnicy nie przechwalają się swymi osiągnięciami w porównaniu z osiągnięciami innej instytucji. Zapomnieli, że jakakolwiek inna instytucja w ogóle istnieje. Przestali już jadać w stołówce, wolą przynosić ze sobą kanapki i zaśmiecać biurka okruszynami. Na tablicach ogłoszeń wisi zawiadomienie o koncercie, który odbył się cztery lata temu. Na drzwiach biura Mr Browna widnieje tabliczka z napisem „Mr Smith”, a na drzwiach Mr Smitha przyczepiono naklejkę bagażową, na której wyblakłym atramentem wypisano „Mr Robinson”. Wybite okna zreperowano za pomocą kawałków tektury. Jeśli dotknąć kontaktów elektrycznych, doznaje się lekkiego, lecz bolesnego porażenia. Tynk odpada z sufitu, ściany pokryte są plamami. Winda nie działa, a w ustępie nie można spuścić wody. Przez wybite okienko w suficie woda rozpryskuje się, ściekając do podstawionego wiadra, a z suteren dobiega miauczenie wygłodniałego kota.

Ostatnie stadium choroby doprowadziło całą instytucję do stanu załamania. Objawy choroby w tej ostrej formie są tak liczne i wyraźne, że doświadczony badacz może często odkryć je telefonicznie, nie odwiedzając w ogóle zarażonego miejsca. Kiedy mdlejący z nudy głos odpowiada „Heelllou!”, ekspert słyszał już dosyć. Smutno kiwa głową i odkłada słuchawkę. „Trzecia faza, i to nieźle zaawansowana – mruczy do siebie – prawie na pewno beznadziejna”. Zbyt późno już na próbę jakiegokolwiek leczenia. Instytucja jest – praktycznie biorąc – martwa.

Opisaliśmy więc tę chorobę tak, jak się ją widzi od wewnątrz, a następnie od zewnątrz. Znamy jej początki, rozwój, wyniki infekcji, a także objawy, po których poznaje się jej obecność, Brytyjska myśl medyczna rzadko kiedy wychodzi poza tę fazę badań. Skoro chorobę raz zidentyfikowano, nazwano, opisano i wytłumaczono, Brytyjczycy są zwykle już zupełnie zadowoleni i gotowi do badań następnego zagadnienia. Jeśli ich zapytać o sposób leczenia, patrzą ze zdziwieniem i polecają dać zastrzyki penicyliny, a przedtem (lub potem) usunąć pacjentowi wszystkie zęby. Od razu staje się jasne, że ten aspekt problemu ich nie interesuje.

Czy powinniśmy zająć takie samo stanowisko? Czy też, jako uczeni zajmujący się zagadnieniami politycznymi i społecznymi, powinniśmy zastanowić się, czy i co można na to poradzić? Szczegółowa dyskusja nad jakąś możliwą kuracją byłaby z pewnością przedwczesna, lecz bardzo ogólne wskazanie kierunku, w którym można by szukać rozwiązania, byłoby rzeczą pożyteczną. Można by przynajmniej wyłożyć pewne zasady.

Pierwsza z owych zasad brzmi: instytucja dotknięta chorobą nie może sama się zreformować. Wiemy, że istnieją przykłady, iż choroba znika bez leczenia, tak samo jak występuje bez ostrzeżenia; przypadki te jednak są rzadkie, a specjaliści uważają je za nieprawidłowe i niepożądane. Kuracja, jakakolwiek byłaby jej istota, musi przyjść z zewnątrz. Może być rzeczą fizycznie możliwą, żeby pacjent sam sobie usunął wyrostek robaczkowy pod miejscowym znieczuleniem, ale taka praktyka spotkałaby się z niechęcią i szeregiem zastrzeżeń. Inne operacje jeszcze mniej nadają się do tego, żeby pacjent posłużył się własną zręcznością.

Zatem pierwszą zasadą, jaką spokojnie możemy ogłosić, będzie ta, iż pacjent i chirurg nie powinien być tą samą osobą. Kiedy instytucja znajduje się w zaawansowanym stadium choroby, potrzebne są usługi specjalistów, a nawet w pewnych wypadkach usługi największego z żyjących autorytetów, samego Parkinsona. Honorarium, które trzeba by zapłacić, byłoby oczywiście bardzo wysokie, lecz w wypadku tego rodzaju wydatek nie stanowi naturalnie przeszkody. Jest to przecież bądź co bądź sprawa życia i śmierci.

Drugą zasadą, którą możemy wyłożyć, jest ta, że początkowe stadium choroby można leczyć zwykłymi zastrzykami, następne – wymaga w pewnych wypadkach leczenia chirurgicznego, trzecie zaś – należy uznać za nieuleczalne. W swoim czasie lekarze przebąkiwali coś o buteleczkach i pigułkach, ale to sposób przestarzały. W innym okresie mówiono mgliście o psychologii, lecz to także już sprawa przestarzała; od tego czasu większość psychoanalityków uznano za obłąkanych.

Obecna epoka jest epoką zastrzyków i cięć i uczeni zajmujący się polityką powinni dotrzymywać kroku osiągnięciom medycyny. Zetknąwszy się z wypadkiem początkowego zakażenia, automatycznie przygotowujemy strzykawkę i zastanawiamy się jedynie nad tym, co – oprócz wody – powinno się w niej znajdować. W zasadzie zastrzyk powinien zawierać jakąś substancję aktywną – ale z jakiej grupy należy ją wyselekcjonować?

Wstrząsowy zastrzyk powinien zawierać dużą dawkę Nietolerancji, lecz to lekarstwo trudno wyprodukować, a niekiedy okazuje się ono zbyt silne w działaniu. Nietolerancję uzyskuje się z krwi pułkowych sierżantów i powinna ona zawierać dwa składniki chemiczne, a mianowicie:

    1. najlepsze jest zaledwie dość dobre (DD) i
    2. nie ma żadnego usprawiedliwienia (ŻU).

Nietolerancyjne indywiduum wprowadzone do chorej instytucji wywiera skutek wzmacniający i może sprawić, że organizm przeciwstawi się wpływom początkowego źródła infekcji. Jakkolwiek ten sposób leczenia może okazać się bardzo dobry, nie ma zupełnej pewności, że kuracja ta będzie stale działać. Można wątpić, czy substancję zakażającą uda się rzeczywiście usunąć z systemu. Informacje, które mamy, skłaniają nas raczej do wniosku, że tego rodzaju leczenie w pierwszej instancji jest zaledwie środkiem łagodzącym i że choroba, jakkolwiek uśpiona, pozostaje w organizmie. Niektórzy znawcy sądzą, że powtarzanie zastrzyków spowoduje całkowite wyleczenie, inni jednak obawiają się, że może wywołać nowe podrażnienie, niewiele mniej niebezpieczne niż pierwotna choroba. Dlatego nietolerancja jest lekarstwem, które należy stosować ostrożnie.

Istnieje nieco łagodniejsze lekarstwo, zwane Śmiesznością, lecz jego działanie jest niepewne, istota nieustalona, a skutki zbyt mało znane. Mało jest powodów do obaw, żeby zastrzyk śmieszności mógł spowodować jakąś szkodę, lecz nie wiadomo też na pewno, czy kuracja przyniesie pożądany rezultat. Istnieje na ogół zgoda co do tego, że zdegrengolowane indywiduum ma grubą skórę ochronną, uodpornioną na śmieszność. Może się zdarzyć, że śmieszność doprowadzi do izolowania infekcji, ale to wszystko, czego można się było spodziewać, a właściwie nawet więcej, niż się żądało.

Można na koniec zauważyć, że w tego rodzaju przypadkach wypróbowywano także metodę Strofowania (którą również można stosować), i nie bez pewnych wyników. Jednakże tu znowu powstają trudności. Lekarstwo to jest bodźcem działającym natychmiast, lecz może też spowodować rezultat wręcz odwrotny od tego, którego pragną specjaliści. Po chwilowym zrywie aktywności zdegrengolowane indywiduum staje się jeszcze bardziej bierne niż przedtem i równie groźne jak samo źródło zakażenia.

Jeśli więc można w jakikolwiek sposób wykorzystać strofowanie, to niemal wyłącznie jako jeden z elementów preparatu składającego się poza tym z nietolerancji i śmieszności, a może i innych leków, dotychczas nie wypróbowanych. Pozostaje tylko zauważyć, że preparat taki, jak dotąd, nie istnieje.

Sądzimy, że drugie stadium choroby nadaje się do operacji. Wszyscy czytelnicy-fachowcy słyszeli o pracach ogólnie łączonych z nazwiskiem Cutlera Walpole. Operacja dokonana po raz pierwszy przez tego wielkiego chirurga polegała po prostu na usunięciu zakażonych organów i na równoczesnym wprowadzeniu świeżej krwi, przetoczonej z podobnego organizmu.

Czasami operacja ta się udaje. Należy tylko dla porządku dodać, że czasami operacja się nie udaje. Szok może się okazać zbyt wielki dla organizmu. O świeżą krew może być trudno, a nawet jeśli się ją uzyska, może nie udać się zmieszanie jej z krwią już poprzednio krążącą w organizmie. Z drugiej strony ta drastyczna metoda daje niewątpliwie najlepszą szansę zupełnego wyleczenia.

Wydaje się, że w trzecim stadium nic już nie można zrobić. Instytucja jest – w praktyce – całkowicie martwa. Można ożywić ją na nowo, lecz tylko wówczas, jeśli zmieni się jej nazwę, siedzibę i cały sztab pracowników. Ludzie myślący kategoriami ekonomicznymi ulegają pokusie przeniesienia do nowej instytucji części dawnego personelu w imię – na przykład – ciągłości pracy. Lecz taka transfuzja z pewnością okaże się fatalna, a ciągłość jest właśnie tym, czego należy unikać.

Żadnej części dawnej i chorej instytucji nie można uznać za wolną od zakażenia. Nie wolno przenosić z dawnej siedziby ani personelu, ani wyposażenia, ani żadnej tradycji. Po ścisłej kwarantannie musi nastąpić zupełna dezynfekcja. Zakażony personel należy rozesłać (z gorącymi poleceniami) do tych konkurencyjnych instytucji, do których czuje się szczególną wrogość. Całe wyposażenie i wszystkie akta należy zniszczyć bez namysłu. Co do budynków, to najlepiej najpierw wysoko je ubezpieczyć, a następnie podpalić. Dopiero wtedy, gdy pozostaną z nich sczerniałe ruiny, możemy być pewni, że bakcyl choroby został zniszczony.

Opublikowano Uncategorized | 2 komentarzy